Zwiedzamy okolice Bredy w Holandii. Awaria kampera na autostradzie.

Cześć Kazie i Kaziczki,

Pobyt na kampingu był wspaniały ale jednak nadszedł czas aby w końcu wyjść z tego basenu… Czekały nas kolejne przygody!

Ta Wyprawa naprawdę potwierdza powiedzenie ‚Raz na wozie, raz pod wozem’. Jednego dnia spotykamy Elvisa, drugiego stoimy gdzieś w poprzek drogi, potem spotykamy super Kazika, pławimy się w basenie… podziwiamy rowerzystów w Holandii… Ha! Macie rację, czas na jakieś trudności!

Ale po kolei.

Wyjechawszy z kampingu zatrzymaliśmy się gdzieś na przedmieściach Bredy po małe zakupy. Zaparkowaliśmy na placu i skamerowałam Wam troszkę najbliższej okolicy. Było iście sielankowo. Rowery, kwiaty, przepiękne miasteczko.

Aż nie chciało się stamtąd odjeżdżać. Jednak nasza nawigacja już przebierała nóżkami z niecierpliwości aby wskazać nam drogę na Venlo, miasto na granicy Holandii i Niemiec. Venlo, kolejne miasto obok którego przejeżdżaliśmy wiele razy a nigdy go nie widzieliśmy.

Nie mieliśmy planów aby je zwiedzać, mieliśmy pojechać dalej i spać już w Niemczech.
Wszystko szło gładko, dopóki nie dojechaliśmy na obwodnicę sławnego Venlo… A tam korki. Z nieba lał się żar. Nasz kamper nie znosi korków. Poruszanie się w trybie skaczącego pasikonika, to nie dla nas. A tu start- stop- start- stop… przez wiele, wiele kilometrów.
Niestety nie było dokąd zjechać, więc przejechaliśmy na prawy pas, aby w razie czego przepchnąć naszego Pasikonika na pas awaryjny. Już ze spokojem oczekiwaliśmy tego co nieuniknione.

W końcu kamper kaszlnął ostatni raz i ryzykując nadwerężenie rozrusznika pokicaliśmy na awaryjny.
Roztworzyliśmy okna, zadbaliśmy o psa, Marek ustawił trójkąt. Nie martwiliśmy się zbytnio. Wierzyliśmy że za jakiś czas kiedy kamper ostygnie, pomknie niczym młody żrebak, szukać nowych przygód. I tak jazda w tym korku byłaby męczarnią.

Nie minęło wiele czasu kiedy pojawił się pan ze służby drogowej tej autostrady i po małym wywiadzie polecił nam pokicać z pasa awaryjnego na pobocze, aby nie blokować przejazdu dla służb ratunkowych. Powiedzieliśmy, że czekamy aż kamper przestygnie, i że mieliśmy już podobne przygody. Pan śpieszył się i tylko zdążył powiedzieć, że możemy tu jeszcze trochę postać, o ile nie blokujemy przejazdu.

Jednak upał nie odpuszczał, a korek się wydłużał.

Cierpliwie czekaliśmy. Na szczęście nie zaczęliśmy robić sobie siesty w salonie, bo oto pojawił się drugi, równie śpieszący się pan w pomarańczowym garniturze…

‚ O nie, nie, dłużej już tu stać nie możecie, wzywam dla Was lawetę…’

Oj… lawetę?!
Po co zaraz lawetę … Może herbaty najpierw się napijemy :D:D:D Nie, nie nie powiedziałam tego. Zapytałam ile ojro będzie nasz kosztować ta przejażdzka na lawecie. A pan na to: nic, za darmo odholujemy Was na najbliższy serwis.

Nie ukrywam że była to duża ulga dla naszego jakże już bezrobotnego budżetu. Ale co z psem? Czy będziemy mogli zostać z nim na czas tej przeprawy? ‚Poczekajcie, ktoś do Was przyjedzie i wszystko wyjaśni’… usłyszeliśmy.

Po jakimś kwadransie przyjechał do nas młody gość. Bardzo sympayczny, mniej, więcej w naszym wieku. Pierwsze co zrobił to poprosił abyśmy wysiedli z auta, potem wyciągnął do nas rękę, przedstawił się i nie przestawając się uśmiechać zapytał dziarsko: How are you? 😀
Odpowiedziałam: HOT!
Mimo względnego opanowania, nie zapamiętałam imienia tego pana. Zgaduję że przedstawił się jako Johan, Anders albo jakiś inny Jungen. Strasznie było mi głupio bo byliśmy naprawdę zgrzani, ja z rozwianym włosem i ubrana dość nieformalnie. Przypomniała mi się historia z pewnej książki, gdzie główna bohaterka żartowała, że kobieta zawsze musi być elegancka aby kiedy trafi do szpitala w razie wypadku, nadal dobrze się prezentowała…

Mimo to, gawędziliśmy sobie z tym młodym człowiekiem z pół godziny, oczekując na lawetę. Powiedziałam mu że oto jedziemy do Polski, takim kamperem naj jakiego nas było stać i że mamy kanał. Nawet zapytałam czy nie chce wystąpić w filmiku, ale grzecznie wyjaśnił, że jest na służbie i nie może, acz sfotografował nasze logo, więc kto wie może od niego jeszcze usłyszymy.

Na przekór okolicznościom, to było bardzo miłe spotkanie.

Niebawem pojawił się kierowca z lawetą, i ten to dopiero miał manery. Normalnie myślałam że padnę. Znowu ukłony, prezentacje … uściski rąk, jeszcze tylko drinków brakowało na tej bibie.

Jednak Jungen, Anders albo Johan był w pracy i sprawnie zabrał się za przygotowywania kampera do holu. W międzyczasie wskoczyłam do kampera, sprawdzić co z psiakiem, dałam mu mokry ręcznik pod rozgrzany brzuszek, dolałam wody… a tu pan od lawety już siedzi za naszą kierownicą. Zobaczył pieska i wyciągnął do niego ręką, a nasz normalnie płochliwy Dyziu ufnie poddał swój aksamitny, wygłaskany łepek… Pan zapytał: You stay in bus? A ja na to: Yeeeeees! Please.

Ufff to była wielka ulga. Naszą pierwszą rodzinną przejażdzkę na lawecie możecie zobaczyć w filmiku. Podobnie finał tej przygody.

Kolejne wyzwanie z którego udało nam się wyjść z tarczą 😉

4 komentarze

  1. Aga Gaj

    Podczas spotkania z Kazikami nawet służby porządkowe nie zapominają o dobrych manierach. Jeden uśmiech Kasi nawet niewyjsciowo ubranej i z rozwianym włosem przełamuje wszystkie lody 🙂 Powodzenia w dalszej podróży.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz