Z Szwajcarii do Włoch – 6KM Great St Bernard Tunnel i włoskie winnice

Cześć Kazie i Kaziczki,

Chyba od zawsze marzyłam o podróży do Italii. Wzywało mnie słońce, przepyszne jedzenie, małe miasteczka z ciasnymi, krętymi uliczkami, senne wioski gdzie wszyscy się znają i nikt, nigdy się nie śpieszy. Włochy znałam tylko z filmów i włoskich restauracji do których chadzaliśmy w czasach kiedy oboje mieliśmy regularną pracę.

Szwajcaria była zachwycająca, jednak nadzwyczajnie mała 😉 Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że już drugiego dnia pobytu w tym kraju znajdziemy się zaledwie godzinę jazdy od włoskiej granicy. Sami widzieliście w filmiku, że Talbot dawał nam się we znaki i nadal mieliśmy problemy z Rosyjską Ruletką urządzoną przez nasz silnik? pompę paliwa? problemy z chłodzeniem? zły los? Nie mieliśmy pewności. Nie wiedzieliśmy też kiedy i gdzie nasze ręczne pompowanie paliwa i czekanie aż Talbot się schłodzi, przestanie po prostu działać i utkniemy gdzieś na dobre.

Winna Wam tu jestem historyjkę która wydarzyła się nad Lac de la Gruyeres, na pierwszym noclegu w Szwajcarii. Jezioro było w dolince i prowadziła do niego wąska, kręta i chwilami niemal pionowa drożyna. Dojechawszy na miejsce zorientowaliśmy się, że nie mamy nic na kolację a najbliższy sklep jest w miasteczku Bullle, z którego właśnie wyjechaliśmy. Miasteczko i cywilizacja zostały kilka kilometrów powyżej miejsca naszego noclegu. Rozważaliśmy wyprawę piechotą, ale zajęłoby to wiele godzin, nie wspominając o taszczeniu zakupów. W tym momencie Marek był już konkretnie zdenerwowany, mówiąc delikatnie. Dlaczego nie pomyślałaś o zakupach??????? A dlaczego Ty mi nie przypomniałeś???? A bo Ty ZAWSZE…. Nie to TY NIGDY… WSZYSTKO ZAWSZE NA MOJEJ GŁOWIE! O nie nie nie!!!! To wszystko jest zawsze na MOJEJ GŁOWIE! Jak ja nie pomyślę… A moja racja jest mojsza!

Nie, nie trwało to długo, nie martwcie się. Szybko zgodziliśmy się, że oboje chętnie byśmy zjedli coś dobrego i wypili coś wyskokowego w tej pięknej scenerii. Postanowiliśmy zaryzykować jazdę w górę. Marek jeszcze nie końca ochłonął i ze złością odpalił auto, po czym energicznie dodał gazu – tak nam polecił mechanik z Olsztyna, jako że ssanie w kamperze nie działa. W tym momencie ZONK… KLOPS… ZWROT AKCJI… niemal trzydziestoletni pedał gazu, po prostu się zapadł i zmęczony naszą awanturą, postanowił odpocząć na podłodze talbota.

Chyba nikt z Was się nie spodziewał jaki dramat wydarzył się nad tamtym pięknym jeziorem, co? To było dosłownie z godzinkę, może dwie przez transmisją Live 😀 Ach magia kina i moje aktorskie talenty.

Sytuacja była bardzo przygodowa. Byliśmy w górskiej wiosce, była niedziela a my byliśmy unieruchomieni, zdenerwowani i głodni. Marek podniósł maskę, okazało się, że końcówka linki od gazu była połączona z resztą silnika za pomocą niepozornej, plastikowej części… która wyglądała jak skuwka od długopisu 😀 I właśnie ta skuwka, była najsłabszym ogniwem, które niczym Gollum, i efekt motyla, miała potencjał aby całkowicie zachwiać naszym wyprawowym mikrokosmosem, zmienić bieg wydarzeń, wpłynąć na trajektorię lotów asteroid i zadecydować o być, albo nie być naszej Wyprawy.

Tak to powinno wyglądać… ale nie wyglądało!

W tamtym momencie, wysłużona cześć po prostu pękła na pól i wyzionęła swego plastikowego ducha. Tak się składa, że nie mieliśmy przy sobie zamiennej skuwki 😀 Jednak nie traciliśmy ducha, i tak mieliśmy szczęście, że awaria nastąpiła na końcu lub początku tego połączenia i że nie zerwała się linka od gazu, gdzieś tam w czeluściach talbotowych jelit.

Można powiedzieć, że w tamtym momencie uratował nas, nie pierwszy raz zresztą, kurs pierwszej pomocy, który przeszłam wiele lat temu. Pamiętam słowa instruktora: Nie możesz panikować, po prostu myśl i działaj. To wszystko to zdrowy rozsądek. Jeżeli w ciele jest dziura i wypływa z niego coś co powinno zostać w środku to po prostu zatkaj dziurę! 😀

… Jeżeli w talbocie pękła część która łączyła dwa elementy to połącz je czymś innym!

Talbot po zabiegu 😉

No i tak zrobiliśmy. Wygrzebaliśmy ze skrzynki na narzędzia metalową opaskę do zaciskania rurek, śrubokręt i już w pełnej zgodzie ordynator Marek przy wsparciu swojej instrumentariuszki, naprawił usterkę, połączył elementy i pojechaliśmy do tego sklepu. Mało tego, na tej metalowej opasce dojechaliśmy aż do UK! Ale nie uprzedzajmy faktów.

Kolejnym postojem było miasteczko Charmey, które mogliście zobaczyć w poprzednim filmiku.

Czarujące Charmey.

Ruszając na wyprawę rozważaliśmy powrót do Polski na stałe, a może zamieszkanie w jakimś innym kraju… Jednak te kilka dni spędzone w Szwajcarii uświadomiły nam jak bardzo przyzwyczailiśmy się do brytyjskiej mentalności i paradoksalnej otwartości i przyjaznego nastawienia mieszkańców Wyspy. Na czym polega ten paradoks? Brytyjczycy mają w świecie opinię zdystansowanych i zamkniętych w sobie. Rzeczywiście trudno zawierać z nimi głębsze przyjaźnie i bliższe relacje. Mogę na palcach jednej ręki policzyć moich Brytyjskich przyjaciół którzy zaprosili mnie do swojego domu i mówią ze mną otwarcie na KAŻDY temat. Jednak w sytuacjach życia codziennego, Brytyjczycy a, już na pewno mieszkańcy Kornwalii i Devon są bardzo towarzyscy i rozmowni. Nie ma mowy o tym aby kasjer czy sprzedawca w sklepie nie nawiązał z Tobą pogawędki. Nice day today huh? How you doing? Have you had a good day? Have a good weekend? There you are my lovely… here is your pasty! See you soon. Tak to się mniej więcej odbywa.

Nie ma mowy aby mijający się na ścieżce piechurzy nie pozdrowili się i aby na przystanku autobusowym panowała cisza. Brytyjczycy uwielbiają small talk- niezobowiązujące pogawędki z nieznajomymi na mało istotne tematy. I często obcokrajowcy myślą, że oto zyskali nowych przyjaciół! O nie, nie nie… nasza przyjaźń i relacja zaczęła się i skończyła w tym sklepie czy na przystanku autobusowym!

Jednak takie nastawienie sprawia, ze ma się wrażenie ze wszyscy są sympatyczni i mili i że nie jest się anonimowych. Oto, ktoś mnie zauważył, polubił, nawiązuje ze mną rozmowę.

Przez tych kilka dni w Szwajcarii, nas nie zauważył nikt, poza parą Holendrów spotkanych nad jeziorem… I gwiżdże na to ile można zarobić w tym kraju, nie wyobrażam sobie życia pośród tak aroganckich ludzi, którzy nie odpowiadają na uśmiech czy na dzień dobry…

Tym większą niespodzianką i niemalże rajem na ziemi okazała się Bella Italia…

Włochy przywitały nas słońcem i pięknymi górami z ośnieżonymi szczytami.

Wyjechawszy z tunelu Św Bernarda, zaniemówiłam z zachwytu. Oto wkroczyliśmy do regionu Aosty, który rozwinął się wokół antycznego miasta o tej samej nazwie, zbudowanego przez samego Juliusza Cezara -aka Oktawiana Augusta.

‚All across Europe, towns were named after him. The modern Zaragoza is the city of Caesar Augustus, while Augsburg, Autun and Aosta all derive from Augustus’.

Julek pozostawił po sobie wiele śladów w Europie i miast, które tętnią życiem do dziś, zainteresowanych odsyłam do ciekawego artykułu na ten temat. 

W filmiku mogliście podziwiać także wspaniały akwedukt który także wybudowano w czasach starożytnych Rzymian, i który stoi do dziś!

Okolice akweduktu Le Pont.

Swoją drogą przypomina mi się właśnie kolejna anegdotka.

Kiedy poszliśmy na pocztę w miasteczku Aymavilles, aby wysłać pocztówki naszym patronom, przy okienku znajdowała się tylko jedna osoba, jednak para przed nami, spokojnie usadowiła się na krzesełkach w poczekalni, no ale When in Rome, do as the Roman’s do, my też zajęliśmy miejsca siedzące. I całe szczęście bo i tak czekaliśmy ze dwadzieścia minut. Spędziłam ten czas z zaciekawieniem przyglądając się miejscowym. I nagle uświadomiłam sobie, ze gdzieś już widziałam te rysy twarzy, te szpakowate włosy.. krępe sylwetki, tę ożywiona gestykulację… No tak! Mężczyźni wyglądali wypisz wymaluj jak Rzymianie z bajek o Asterixie i Obelixie…

Dopiero po dłuższej chwili, przypomniałam sobie, że jestem we Włoszech i otaczają mnie potomkowie starożytnych Rzymian!

To był dość zabawny moment 😉

W Aymavilles zauważali nas wszyscy. I mimo że nie znamy Włoskiego, moja licealna łacina często nam pomagała, a przez otwartość Włochów szybko zapamiętaliśmy podstawowe zwroty. Tutaj ludzie po prosty byli nas ciekawi i chcieli się z nami komunikować 😉 Poczuliśmy się trochę jak w UK.

Aymavilles było ucieleśnieniem moich marzeń o sennych, spokojnych miasteczkach. Otoczone winnicami na okolicznych wzgórzach, jest po prostu zjawiskowe. Przez kilka dni podziwiałam wszystko z szeroko otwartymi oczami 😉 Czułam się jak dziecko w sklepie z zabawkami i chyba właśnie tę radość i zachwyt udało mi się Wam przekazać w filmiku.

Mogłabym tam zostać na zawsze 😉

Aymavilles o poranku.

Często jadąc do pracy do Collegu w zimowych, ciemnych miesiącach wyobrażałam sobie jak wyglądałoby moje życie, gdybym pracowała jako nauczycielka angielskiego gdzieś w małym miasteczku we Włoszech… Widziałam siebie jak z małego mieszkanka wychodzę co rano do szkoły, po drugiej stronie placu. Po drodze mijam piekarza, który uprzejmie mnie wita i zagaduje, zatrzymuję się gdzieś na kawę…

Przydomowy pomidornik 😉

Mogłabym nawet iść w tej czarnej kwiecistej, sukience, którą przecież widzieliście w wielu filmikach z Wyprawy, a którą dopiero we Włoszech zaczęto komentować :D:D Idę sobie w sandałach… Ciekawe jest to, że w mojej projekcji nie ma pracy w szkole, jest od razu powrót do domu w popołudniowym słońcu, koniecznie zahaczając o rynek, oto wracam ze świeżą rybą kupioną od rybaka i butelką dobrego. lokalnego wina do domu jeść pyszną kolację z Markiem… A potem wieczorem idziemy na plażę wybiegać naszego psiaka :D:D:D

Przypadkowo odkryta winnica!

Więc możecie już zrozumieć mój zachwyt w sytuacji, kiedy Marek zabiera mnie do serca miasteczka z moich misternie snutych marzeń 😉

Wpis o pobycie w Aymavilles nie może obyć się bez opisu spotkania z Miłością – młodą Ukrainką o imieniu Luba – miłość. No więc Miłość pracowała w pizzerii, kilka kroków od naszej luksusowej kwatery przy cmentarzu 😉 Nie będę Was tutaj przepraszać za to, że nie nagraliśmy ceremonii biesiadowania w tej  pizzerii. Poszliśmy tam raz, świętować rocznicę naszego ślubu i mieliśmy zamiar tam wrócić aby nakręcić filmik. Jednak burza pokrzyżowała te plany. Jednak nie martwcie się, moja w tym głowa abyśmy wrócili do Aymavilles 😀

Za to Miłość od razu nawiązała z nami kontakt. Przyniosła nam menu po angielsku i w ogóle zachowywała się wspaniale. Czuliśmy się jakbyśmy przyszli do naszej dobrej przyjaciółki. Luba biegle mówiła po angielsku, włosku i po polsku 😉 Uwijała się po sali niczym fryga, doglądając wszystkich gości, żartując, zagadując, przynosząc pizzę i zbierając puste talerze… Człowiek się nie obejrzał a ona już przy barze, tu już idzie z nową pizzą… tu coś sprzątnie… No dziewczyna orkiestra. W UK do obsługi takiego lokalu zatrudniono by barmankę, kelnerkę i sprzątaczkę. W Aymavilles wszystko ogarniała jedna, dzielna Luba.

Miejscówki:

  • Płatny/ Bezpłatny parking dla kamperów w Charmey. Część oficjalna płatna w biurze informacji turystycznej, parking na trawie za darmo. Automat do wody/ spuszania szarej, prąd. Toalety w budynku obsługi kolejki linowej.

Charmey,1637, Val-de-Charmey, Switzerland

 

  • Cichy parking przy cmentarzu w Aymavilles (6 euro za dobę, woda). Centrum małego miasteczka.
        Area Comunale
Strada Comunale del Moulins, 11010 Aymavilles,Valle d’Aosta [AO] / Italy

Tel.: +390165922800

N 45.70131, E 7.23968
N 45°42’05”, E 7°14’23”

 

Dodaj komentarz