Wyprawa na północ- Walia południowa.

Cześć Kazie i Kaziczki,

Po ponad 10 latach mieszkania w Kornwalii, w Anglii, w końcu nabraliśmy ochoty na przekroczenie granicy tego kraju.
Myślę, że się ze mną zgodzicie, że mając w okolicy takie miejsca jak Looe, Portwrinkle, Bodmin Moor i Newquay, człowieka jakoś nie ciągnie do innych krain.

No ale tylko krówka nie zmienia pogladów, więc w końcu przekroczyliśmy magiczny most na rzecze Siedem i znaleźliśmy się w Walii południowej.

Jakie były nasze pierwsze wrażenia?

Mimo, że to tylko 3 godziny jazdy od Liskeard, wszystko wydawało się inne. Więcej lasów i gór, więcej przemysłu i egzotyczne, dwujęzyczne znaki drogowe.
Początkowo no pierwszy nocleg wybraliśmy parking przy plaży. Było tam bardzo pięknie, ale w miarę jak zapadał zmierzch, robiło się coraz wietrzniej, a temperatura na zewnątrz spadła do bardzo skromnych wartości… Wynosiła ok 5 stopni, ale przy nadmorskim wietrze temperatura odczuwalna wynosiła jakieś -15 😀

Nauczeni doświadczeniami z Lizard, kiedy to spaliśmy na klifie, otoczeni z trzech stron wodą i stwierdziliśmy że spanie nad morzem zimą, to nie jest najlepszy pomysł, przenieśliśmy się na parking leśny, wgłąb lądu. Na szczęście Przezorny Marek był przygotowany na taką ewentualność i miał w zanadrzu namiary na inne miejsce na nocleg.

Mówiąc krótko, wybraliśmy mniejsze zło, bo miejscówke na spanie należy wybierać za dnia. Ale woleliśmy jechać w ciemno, a raczej w ciemność, bo już się ściemniło, niż zostać przy plaży. O dziwo na leśnym parkingu, otoczeni rzeką i drzewami, w zupełnej ciemności, oboje czuliśmy się bardziej komfortowo.

O 7 rano dziarsko wyszłam z Dyziem na spacer i nagle znalazłam się w Kanadzie 😉 Wokól góry i wspaniale lasy a w dole huczącą rzeka… Kanadę znam tylko z filmów, ale wydaje mi się, że właśnie tak tam musi być. Ogrom otwartej, dzikiej lesistości.

Tego dnia mieliśmy zaplanowane spotkanie z Agnieszką, która wiernie śledzi nas i nasz kanał. Umówiłysmy się mniej więcej tak: ‚Jak wstaniecie i ogarniecie siebie i psa, dajcie znać, a ja do Was podjadę’… Obie zakładałyśmy, że będzie to pora poranna.
Jednak sprawy gospodarcze, śniadanie i zamienianie sypialni na salon, a potem zakupy zajęły nam więcej czasu niż zakładaliśmy.


Agnieszka była naszym pierwszym gościem w kamperze, więc chcieliśmy żeby nasz domek był guest friendly 😉 Trwało to tak długo,że Aga zadzwoniła pytając czy aby się nie wstydzimy i nie unikamy spotkania…
A my po prostu uczymy się organizacji życia w kamperze i stąd ta obsuwa. Właściwie to temat gospodarczo- organizacyjny kwalifikuje się na osobny wpis, więc powiem Wam tylko że w końcu spotkaliśmy się z Agnieszką.

Było słonecznie, ale chłodno i wietrznie, więc z wdzięcznością przyjęliśmy zaproszenie do domu Agi.
A tam swawole i niemalże Rzymska uczta. Marek był w siódmym niebie, i Damian N też by był, ponieważ na obiad była pyszna pizza!
A na deser było luksusowe ciasto, inspirowane pomysłem Megatrona. A to wszystko kochani, w cieplutkim salonie w otoczeniu ludzi, którzy naprawdę nas chcieli z nami przebywać i chcieli nas lepiej poznać 😉 Czuliśmy się jak u starych przyjaciół. Hah, magia znajomości zaczętych przez internet. Spotykasz kogoś po raz pierwszy i niby się nie znacie, ale przecież tyle o sobie wiecie.

Nagadaliśmy się tak, że ja aż trochę zachrypłam 😉 Po kilku godzinach musieliśmy wracać do siebie, bo zbliżała się pora Live’a.
Na odchodnym zostaliśmy zapewnieni, że gdybyśmy tylko czegoś potrzebowali, możemy zadzownić lub zapukać do Agi o każdej porze dnia i nocy. I oboje wiedzieliśmy, że to nie jest grzecznościowy frazes, że naprawdę możemy.

Kochani, będąc w nowym miejscu, z dala od domu, taka możliwość daje niesamowity komfort i poczucie bezpieczeństwa. W ogóle Aga przez cały czas martwiła się, czy aby nam w kamperze nie zimno i niejednokrotnie proponowała gościnę u siebie. Ale wiecie, my żądni przygód, chcieliśmy sprawdzić, jaka jest minimalna, znośna temperatura na zewnątrz, przy której można spać w kamperze.

Wszak wybieraliśmy się na pólnoc, a z każdą milą było coraz chłodniej…

Dziś już wiemy że taka minimalna, komfortowa temperatura dla naszych i psich uszu to +5 stopni.

Po dwóch nocach, stwierdziliśmy że jednak jeśli jeszcze dalej na północ wysunięta Snowdonia, to tylko z noclegiem na polu kempingowy i z podłączeniem do prądu 230v… aby uruchomić elektryczny grzejnik.

I tutaj kolejną lekcja życia w drodze.

Postanowiliśmy najpierw wyszukać kamping i jechać już prosto na miejsce. Wieczorem zaczęliśmy szukać na internecie pola kempingowego w Snowdonii … Pól mnóstwo, tylko większość otwarta od Marca. Oboje zgodziliśmy się, że jeśli czegoś nie znajdziemy, wracamy na południe, do domu.
Bardzo póznym wieczorem, znalazłam jedno… niemalże pod szczytem Snowdon i jeszcze nad jeziorem. Wydawało się to zbyt piękne aby było prawdziwe.
Następnego dnia zadzwoniłam aby potwierdzić czy aby na pewno jest otwarte.
Było!


I właśnie na tym polu, nad jeziorem Gwynant, obudziliśmy się dziś rano.

 

Dodaj komentarz