Wyprawa na północ – Walia – bryku, bryku w Parku Brecon Beacons. Glamping.

Cześć Kazie i Kaziczki,

Dziś opowiem Wam o polu glampingowym na terenie Parku Narodowego Brecon Beacons (Bryku-Bryku) i kilku innych przygodach jakie przeżyliśmy w drodze powrotnej.

Znowu na miejsce zajechaliśmy już po zmroku i znowu ranek przyniósł radosne oczekiwanie i wielką niespodziankę za oknem. Gdzie obudziliśmy się tym razem?

Nasz Talbuś dzielnie zawiózł nas na pole kempingowe z wygodami, w stylu glamour – czyli na pole glampingowe. Wcale nam nie zależało na tych wygodach i tym całym glamour, ale po raz kolejny to było jedyne otwarte pole w okolicy.

Pole zobaczyło nas około godziny 18.30, a właściciel wyszedł do nas w szlafroku. Jeśli o 18.30 gospodarz jest już gotowy do spania, to znaczy że to człowiek urobiony po łokcie, który wstaje wcześnie rano. Takie było moje pierwsze wrażenie. Mimo że Pan Teodor – tak go sobie ładnie nazwę, był już gotowy odpłynąć w krainę senków, uprzejmie nas przywitał i z dumą zaprezentował swoje włości. Na włości składała się farma z małym stawem (a lake!), kilkoma drewnianymi domkami rodem z Hobbitonu, pole namiotowe i kilka miejscówek na motorhomes, nad samym stawiczkiem. O i bardzo glampingowe łazienki z prysznicami i mała kuchnia, z kuchenką mikrofalową.

Pan Teodor z dumą pokazał nam prysznice urządzone w jednym z większych domków Bilba Bagginsa. I to był właśnie ten glamping kochani 😀 Piękne łazienki a’la luksusowy hotel, ręczniki, płyny pod prysznic i szampony, a nawet kremy do rąk. Może komuś ten mój zachwyt wyda się śmieszny, ale pamiętajcie że w Snowdonii łazienki były w standardzie schroniska młodzieżowego PTTK, w środku niczego i już przyzwyczaiłam się do brania konewki, a nie prysznica.

Wieczór był ciepły, więc ochoczo poszliśmy w te luksusy 😉 Powiem Wam, że miło przeżyć kilka dni po spartańsku dla takich chwil.

O ile dobrze pamiętam, to rano obudziłam się na półeczce, albo wskrobałam się na nią tuż po przebudzeniu.

Otwieram okienko, a tam stawiczek (na stronie kempingu nazywany fishing lake) a wokół niego dzikie kaczki, gąski (wtedy jeszcze ich nie znałam!), mnóstwo małych ptaszków a tu i ówdzie drewniane domki Hobbitów.

Takie drewniane małe domki to właśnie synonim glampingu. Właściwie to są drewniane namioty z łóżkami, pościelą, grzejnikami i TV. Proste i ładne. I to jest właśnie ten glamping. Zamiast taszczyć namiot i cały sprzęt, można wynająć sobie taki domek. Jeden z nich miał nawet swoje własne jacuzzi.

Właściwie to Pan Teodor utrzymuje się głównie z projektowania i budowania tych drewnianych domków, a ten kamping – glamping to tak przy okazji. Starałam się zbytnio nie zawracać mu głowy, bo gołym okiem było widać że jest baaaaardzo zajęty. Ale mimo to za każdym razem kiedy nas widział pytał czy wszystko w porządku i odpowiadał na pytania. Bardzo szybko odpowiadał, bo już pędził do klienta, pracownika, rodziny czy nakarmić te swoje gęsi [;

Mimo zmęczenia biła od Niego pozytywna energia i duma z miejsca które stworzył. Przypominał mi Pana Henryka z Samotni.

Nad polem dumnie górowały skaliste wzgórza do których wiodła ścieżka, „a bit muddy” – jak określił ją Teodor, wnikliwie lustrując moje buty. Jednak stwierdził, że moje buty się nadadzą i mogę spróbować. Błota tam było po kostki i dopiero ostatniego dnia zapuściliśmy się na sam szczyt. To właśnie tam Marek zrobił zdjęcie 360 stopni.

Podobnie jak w Snowdonii, nie mieliśmy ochoty pędzić po okolicy i było nam dobrze na naszym polu. A kiedy Teodor zaproponował aby puścić Dyzia na dzikie bieganie po polu namiotowym, już niczego nam nie brakowało do szczęścia.

Dwa razy wybraliśmy się do pobliskiego miasteczka Ammanford, gdzie rekordowe 75% mieszkańców mówi po Walijsku (dla reszty Walii ta średnia to 25%). Ależ to było egzotyczne. Niemal wszyscy byli dwujęzyczni i mówili po angielsku, wtrącając Walijskie słowa które brzmiały jak niemiecki i szwedzki. Prawdziwy język Wikingów. A starsze pokolenie mówiło wyłącznie po Walijsku.

Ostatniego dnia mieliśmy jechać szukać spektakularnych wodospadów, jednak były od nas tak daleko, że zdecydowaliśmy się na wizytę na pobliskim zamku.

To była dobra decyzja. Zamiast spędzać pół dnia w aucie, spędziliśmy pół dnia na zamku starając się przekonać średniowieczne mury aby choć coś niecoś nam opowiedziały o tym czego były świadkami.

Mury milczały, ale były tablice informacyjne 😀

Zamek stał na szczycie wzgórza, które nie tak łatwo było zdobyć. Ktoś bardzo mądrze wybrał miejsce na tę warownię. Ze szczytu rozciągał się wspaniały widok na całą okolicę. Zachowało się całkiem sporo tego zamku. Wystarczająco dużo aby móc sobie wyobrazić wjeżdżających na dziedziniec rycerzy, gwar służby i piękne damy o malutkich stopach.

Zamek Carreg Cennen jest zdecydowanie wart odwiedzenia. W ogóle patrząc na mapę południowej Walii, co krok to zamek. A to może oznaczać tylko jedno, że swego czasu na tym pogranicznym terenie toczyło się wiele bitew i wojen. Carreg Cennen wielokrotnie przechodził z rąk Angielskich do Walijskich.

Dziś Park Bryku-Bryku emanuje ciszą i spokojem. Ale nie zawsze tak było. I tak teraz będz

ie mnie trawić ciekawość póki się nie dowiem 😀 Ale to już temat na kolejny wpis.

 

 

O zanim zapomnę, nie ufajcie gęsiom! One tylko tak przytulaśnie wyglądają.

 

 

1 komentarz

  1. Damian Navsky

    Ja też wolę kaczki, świetna historia 🙂 i naprawdę wygląda Glamour to pole biwakowe

    Odpowiedz

Dodaj komentarz