WYPRAWA KAMPEREM #28: Kamperem na Mont Blanc – Camping la Sorgente – Valle d’Aosta

Miasteczko Aymavilles w dolinie Aosty było najbardziej wysuniętym na południe punktem na naszej trasie. Dojechaliśmy dalej niż myśleliśmy, nie planowaliśmy ani Szwajcarii ani tym bardziej Włoch 😉 Jednak nadszedł dzień kiedy data przeglądu technicznego naszego kampera zaczęła być już coraz bliższa i musieliśmy zacząć myśleć o drodze powrotnej.

Po przeanalizowaniu map i punktów gdzie moglibyśmy bezpiecznie przenocować, postanowiliśmy zatrzymać się na kempingu La Sorgente w okolicy resortu narciarskiego Courmayeur. Cormayeur to ciekawe miasteczko, niemal na pograniczu Włoch i Francji. Dzięki nowoczesnej kolejce linowej, można sobie swobodnie kursować między tymi dwoma krajami. I to chyba właśnie taką kolejką (Skyway Monte Bianco) można najszybciej dotrzeć na stronę Francuską. To nie jest jakaś tam kolejka, czy wyciąg oryczkowy ;p to niemal kosmiczna technologia, a stacje wyglądają nieziemsko! Kursujące po linach wagoniki mogliśmy obserwować z naszego kempingu, jednak sami postanowiliśmy odłożyć przejażdżkę na następną wizytę, po części ze strachu, po części z powodu ceny takiej przejażdżki.

Odkąd wyjechaliśmy z Polski, nasza Wyprawa stała się bardziej intensywna, pod wieloma względami. Po pierwsze pojawiło się widmo czasu, który zaczął nam się po prostu kończyć. Po drugie, ekstremalne jak na naszego kampera warunki terenowe i pogodowe, poważnie nadszarpnęły nasz stoicki spokój. Po trzecie, czuliśmy się zmęczeni. Na filmiku sami mogliście zobaczyć jakim wyzwaniem był dla nas dojazd na kemping Monte Bianco, położony na wysokości 1507 m.n.p.m… nie powinien Was zatem dziwić fakt, że kiedy już udało nam się tam wjechać zostaliśmy tam na całe 5 dni 😉 Potrzebowaliśmy ‚osiąść’ gdzieś na dłużej, jak to pięknie ujmowała kobietka którą poznaliśmy na Czubatce w Polsce.

Mimo niesamowitej scenerii, czas spędzaliśmy raczej biernie niż aktywnie i pomimo długiego jak na nas pobytu, niewiele tam nakręciliśmy. Tym bardziej jestem Wam winna więcej słów o kempingu i o pewnej parze, którą tam poznaliśmy.

To może zacznę od kempingu.

Jak sami możecie przeczytać na stronie kempingu La Sorgente / Monte Bianco :

The camp is located in a corner of paradise, far away from the noise of cars and the mass flow of tourists, surrounded by ancient alpine meadows in the beating heart of Mont Blanc, rocked by the harmonic flutter of larch and fir trees. Energy that comes from harmony of nature reigns. Here you can find a friendly place for a relaxing chat in the sun or in the shade, admiring the majesty of mountains and breathing healthy air.

Kemping rzeczywiście znajduje się z rajskim zakątku 😉 Daleko od zgiełku cywilizacji, a panująca tam atmosfera jest niemal mistyczna.

Przepiękne, ogromne góry, cisza, rozgwieżdżone nocą niebo, szmer górskich potoków… Hmmm może dlatego nie mieliśmy natchnienia aby filmować? Woleliśmy po prostu poddać się magii tego miejsca i odpocząć 😉 Wyciszyć się.

W ciągu dnia żar lał się z nieba, co nie zachęcało do dalszych wędrówek. Z kolei wieczorem i nocą, było na tyle ‚rześko’, że trzeba było włączać ogrzewanie. Mimo rustykalnego charakteru kempingu, mieliśmy tam dostęp do wszystkich mediów, w tym wifi, był też sklep i pub.

Bardzo spodobała mi się zadaszona, polowa kuchnia / jadalnia, dostępna dla wszystkich gości kempingu. To jedyna fotka, jaką udało mi się znaleźć w czeluściach internetowych. Za Panem z Dzbanem, znajdowało się kilka, pokaźnych rozmiarów palenisk wraz z rusztami. Każdy mógł sobie z nich korzystać i piec jedzonko nad żarem lub otwartym ogniem. Dla zwolenników rozwiązań niewymagających zbierania chrustu w pobliskim Celtyckim Gaju, były kuchenki elektryczne, mikrofalowe, oraz kompletne zestawy garnków, talerzy, sztućców… Wszystko, aby przygotować sobie ucztę. Jedną trzecią tej wspaniałej stołówki zajmowały paleniska i kuchenki, a resztę zadaszonej przestrzeni wypełniały wspaniałe drewniane ławy i stoły. Nie wiem kim są ludzie na zdjęciu, jednak ta fotografia wspaniale oddaje klimat ‚jadalni’. To miejsce po prostu zachęcało do wspólnego gotowania i jedzenia 😉 Co tam jedzenia, do biesiadowania i rozmawiania, nawiązywania przyjaźni. Nawiązywanie kontaktów ułatwiał asortyment kempingowego sklepu: wino, sery i mięcho na ruszt 😉

Przed ‚jadalnią’, zaraz obok naszego kampera stał ogromny stał ogromny drewniany stół z dwoma ławami do siedzenia, który zachęcał do jedzenia na zewnątrz. Uwielbiałam sobie przy nim siadywać i pisać dla Was, co chwila zerkając na śpiące wokół mnie szare góry, pić kawę, albo po prostu siedzieć i obserwować świat i ludzi dookoła. I właśnie któregoś dnia, kiedy tam sobie siedziałam podszedł do mnie chłopak, który wyglądał na naszego rówieśnika i zapytał czy pożyczymy mu młotek. Chłopak właśnie zajechał na nasz kemping z dziewczyną i zabierał się za rozstawianie namiotu. Swoją drogą, to kolejna fajna cecha kempingu Monte Bianco, mają coś na każdą kieszeń. Można przyjechać z namiotem, z przyczepą kempingową, a jeśli ktoś ma większy budżet może wynająć drewniany domek a nawet kamienny cottage. Bardzo podobał mi się otwarty, zapraszający charakter tego miejsca. Przecież równie dobrze właściciele mogli postawić tam kilka luksusowych apartamentów i tym samym poważnie ograniczyć dostępność tego cudownego miejsca.

Oczywiście mieliśmy ze sobą młotek i to niejeden. Mieliśmy całą wielką skrzynię z narzędziami, bo jeżdżąc takim autem jak nasze, to podstawa. Chłopak przedstawił się jako Nico i powiedział, że wraz z żoną Jacqueline, są w drodze do Mediolanu. Spotkaliśmy się na pograniczu, my już powoli opuszczaliśmy Włochy, oni mieli dopiero je zwiedzać. Przyjechali małą osobówką z Holandii i tak sobie podróżowali z namiotem 😉 Od razu ich polubiliśmy i powiedzieliśmy, że zawsze są u nas mile widziani i że jeśli by czegoś potrzebowali, niech po prostu do nas przyjdą. Wszak mieszkaliśmy w kamperze już kilka miesięcy i mieliśmy w nim chyba wszystko co niezbędne.

Po niedługim czasie Nico znowu się pojawił, tym razem ze swoją żonką, i nieśmiało nas zapytał czy może pogramy z nimi w grę karcianą, bo już im się znudziło grać tylko ze sobą [; He he he 😉 Kiedy ostatnio ktoś Was zapytał czy pogracie z nim w grę karcianą? Na początku myśleliśmy, że żartuje, ale nie, wyjął karty i troszkę zawstydzony, powiedział że jeśli nie mamy ochoty to nie ma sprawy [; Byliśmy prze szczęśliwi, bo od wyjazdu z Polski, niewiele spotkaliśmy osób, które chciały się z nami zaprzyjaźnić a na dodatek, to byli ludzie w naszym wieku, co wśród podróżujących kamperami jest rzadkością. Graliśmy w grę ‚Who is the donkey’ i świetnie się przy tym bawiliśmy. Szybko przenieśliśmy się do kampera, bo górskie powietrze było coraz zimniejsze, wszak była to już połowa września, a i chyba w letnich miesiącach na takiej wysokości noce bywają zimne.

Kiedy kończyliśmy grę i wyszliśmy podziwiać gwiazdy, było tak zimno, że zaproponowaliśmy naszym nowo poznanym towarzyszom nocleg w naszym kamperze. Jakoś byśmy się zmieścili, a sytuacja była dość ekstremalna, a ich namiot nie wyglądał zbyt solidnie. Nasi Holendrzy trochę się krępowali, wszak słabo się znaliśmy, grzecznie odmówili, jednak z wdzięcznością pożyczyli od nas naszą niezawodną kapę i stanęło na tym, że prześpią się u siebie na próbę, a gdyby było bardzo źle przyjdą do nas. Dzielnie wytrzymali do rana w namiocie, jednak wątpię aby się wyspali w takim zimnie. Ale młodzi byli, z fantazją, przemierzali Europę małym samochodzikiem z namiotem i widać było, że tak jak my lubią się sprawdzać w trudnych warunkach.

Następnego dnia wspaniałomyślnie zapytali nas czy nie potrzebujemy nic z miasteczka, bo jechali na zakupy, a nam by się nie śniło niepotrzebnie ryzykować kolejną przeprawę kamperem po górskich serpentynach i wspinaczkę po niemal pionowych drogach :d Nico i Jacqueline, swoją małą osobówką byli bardziej mobilni.

Poznanie tej pary, było bardzo miłą niespodzianką i ostatni wieczór na kempingu spędziliśmy razem, przy ognisku. To były bardzo przyjemne chwile, bo siedzenie przy ogniu w takim miejscu, to jak powrót do czasów niemalże jaskiniowych. Było nam miło tym bardziej, że młodzi Holendrzy nie pamiętali, kiedy ostatnio siedzieli przy ogniu 😉 Ach, jak tak sobie wspominam tamte dni, to aż muszę do nich napisać 😉

Także tak nam upłynął pobyt na kempingu Monte Bianco. Troszkę chodzenia, dużo odpoczynku i zawarcie znajomości z Nico i Jacqueline 😉

______________________________________________

Camping La Sorgente 

 

 

1 komentarz

  1. Agnieszka Gajewska

    Pięknie to opisałaś Kasiu. Jak zamkne oczy to mam przed sobą tą bajeczna kraine. Może dlatego że sama włóczylam się ostatnio po szlakach Brecon Beacon i mam wciąż jeszcze w pamieci te niesamowite krajobrazy. Góry kradna powoli moje serce. To niesamowite uczucie gdy tak patrzysz przed siebie i nie widzisz zywego ducha, zadnego domu ani samochodu. Nie potrafie tego ubrac w słowa. To trzeba poczuć samemu. Pozdrawiam cieplutko I życzę Wam aby Nowy Rok przyniósł ze sobą wiele przygód i nesamowitych wrażeń.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz