WYPRAWA KAMPEREM #26: Ostatni postój w Niemczech i marzenia o Szwajcarii.

Z Horshell wyjechaliśmy wcześnie rano, znowu na południe. Podróżując samochodem, szczególnie takim jak nasz, bez klimatyzacji, warto pamiętać że jazda na południe, w południe oznacza suchą saunę w szoferce… a nasza przednia szyba jest duża i idealnie się nagrzewa!

Z tego względu wyjechaliśmy wcześnie. Jechaliśmy sobie na południe, myśląc, że może jakoś uda nam się dojechać do okolic Szwajcarii… może jakoś tak rzucić okiem za granicę… Nie pamiętam czy o tym wspominałam, ale początkowo naszą magiczną granica miała być ta francusko- hiszpańska, jednak szybko zorientowaliśmy się że to bardzo ambitny plan, daleka droga i że nie warto zamieniać naszej eskapady w rajd samochodowy aby tam dotrzeć i wrócić na czas aby po raz trzeci nie zmieniać rezerwacji na Eurotunel… także stanęło na Szwajcarii… a raczej na marzeniach o niej.

Idąc tym tropem Marek wynalazł nam bardzo sympatyczny nocleg w miejscowości Emmendigen, niedaleko Frieburga, jeszcze w Niemczech, ale blisko miejsca gdzie łączą się granice Francji, Szwajcarii i Niemiec. To miejsce polecił nam jeden z naszych widzów, zdaje się xGrool 😉

W Emmendingen czekał nas zadbany, darmowy wohnmobilstellplatz, otoczony polami i piękna rzeka. Cieszyliśmy się z pobliskich pól, bo oznaczało to wolność i bieg dla naszego pieska 😉

To właśnie w Emmendingen po raz pierwszy widziałam tyle kamperów naraz. Jak już pisałam miejscówka była na styku trzech krajów, do tego czysta i darmowa… więc duży parking do wieczora zamienił się w kamperowe miasteczko. Słyszało się tam tyle języków, że chcąc się przywitać z sąsiadami, trzeba było najpierw zerknąć na ich tablice rejestracyjne, aby powiedzieć choć słowo w odpowiednim języku. Byli tam Niemcy, Francuzi, Holendrzy, Szwajcarzy a nawet para Polaków z psem!

Oczywiście, tradycyjnie już byliśmy najmłodsi, w najstarszym kamperze. Powiem Wam że tyle kamperów naraz zrobiło na mnie wrażenie, jednak patrząc na nowe cacka wcale nie jestem zazdrosna. A wiecie dlaczego? Bo widzę ile czasu ich właściciele poświęcili aby na nie zarobić i jak późno odkryli, że podróżowanie kamperem jest wspaniałe!

Widzę ile mają lat, a ile mam ja! I cieszę się, że nasz Talbot dojechał tak daleko i że ja i Marek jeszcze w tej podróży się nie zagryźliśmy nawzajem ;-)))) Oczywiście cieszę się też z tego że jest z nami nas ukochany pies 😉 I generalnie nie myślę o tym jak fajnie byłoby mieć klimę… rowery… więcej przestrzeni… obrotowy fotel… auto które nie gaśnie w upały… Po prostu jestem wdzięczna za to co mam dziś, tu i teraz! Ach nawet jak o tym piszę to czuję, że oczy zaczynają mi się ‚pocić’ 😉

I tak to na fali entuzjazmu, wypełnieni po brzegi radością, że jesteśmy tak blisko Alp które od tygodni straszyły nas na mapach, postanowiliśmy że zbliżymy się do nich, na tyle ile nasz Talbuś będzie chciał [;

Z Emmendingen niedaleko już było do miasta Bazylea, która formalnie jest w Szwajcarii, jednak jej przedmieścia rozciągają się na Niemcy… Szwajcarię i Francję 😉 Zobaczcie sobie na mapie gdzie leży Bazylea, nazywana przez lokalnych mieszkańców Basel.

Ostatniego wieczora w Niemczech, byliśmy bardzo podekscytowani perspektywą szansy na zobaczenie Szwajcarii następnego dnia… I właśnie wtedy uświadomiliśmy sobie, że właściwie o Szwajcarii wiemy tyle co nic… Neutralność, scyzoryki, zegarki, czekolada… Czy będzie kontrola paszportowa? Czy możemy ot tak wjechać tam z psem? Czy potrzebujemy wizy? Ha! Te wszystkie pytania zaczęliśmy sobie zadawać godziny przez wjazdem do Bazylei 😉

Jednak od czego jest internet!

Znając życie robiłam coś w kuchni, kiedy Marek czytał na głos artykuł o Szwajcarii, a ja zaczynałam rozumieć dlaczego w Polskiej szkole na lekcjach historii czy WOSu, dyskretnie i jakże wygodnie pomija się informacje na temat tego nietuzinkowego kraju…

Okazało się, że historia i mentalność Szwajcarów jest diametralnie inna od naszej i śmiem przypuszczać, że ich podejście i poglądy mogłyby wywołać niebezpieczną burzę w młodych polskich obywatelach, ‚urabianych’ w zgoła odmiennym duchu.

Zdziwiło mnie że przez wieki, kiedy na Szwajcarię napadali ich sąsiedzi, Ci zdawali się nie mieć większych oporów aby mówić narzuconym im językiem, czy uznać tego czy innego za swego władcę, przynajmniej formalnie. Toż to nie do pomyślenia dla nas Polaków! Nasza sarmacka dusza już rwie się do walki! Szable w dłoń!
… Szwajcarzy przez stulecia mieli inne podejście. Woleli rozwijać przemysł swojego kraju, kulturę, robić coraz lepsze sery, czekoladę i scyzoryki, żyć w ‚spokoju’. Kurde… oni mieli innych sąsiadów niż my, może o to chodzi… czy dotarli tam naziści lub bolszewicy? Czy kiedykolwiek ich sąsiedzi umówili się, że podzielą się ich ziemią i ludźmi niczym tortem? To wszystko trzeba sprawdzić.

Jednak faktem jest, że na terenie Confederatia Helwetica mówi się po niemiecku, włosku, francusku, romansz… I w każdym kantonie (!), tak kantonie, nie landzie czy hrabstwie, mówi się w innym języku. Angielski zdaje się być lingua franca w Szwajcarii, gdzie mówi się tyloma językami, że potrzebny jest jeden obcy aby wszystkich pogodzić.

Z informacji praktycznych wyczytaliśmy, że wiele autostrad w Szwajcarii to drogi płatne i że warto wykupić winietę, co też zrobiliśmy i nawet sfilmowaliśmy.
Wiedzieliśmy także jakie są średnie zarobki w CH i domyślaliśmy się że i ceny będą tam kosmiczne. Ale zaraz, zaraz nadal byliśmy w Niemczech, więc wpadliśmy na pomysł że w drodze do Bazylei zrobimy większe zakupy. Tak, to był dobry plan. Jednak następnego dnia była niedziele i wszystkie markety w Niemczech były zamknięte!

Jednak ta niedogodność nie skłoniła nas aby Szwajcaria miała na nas czekać do poniedziałku 😉 Male zakupy zrobiliśmy już po szwajcarskiej stronie, na stacji benzynowej. Ceny rzeczywiście nas powaliły, więc były to malutkie zakupy za duże pieniądze.
Ale nie skupiajmy się na szczegółach, po prostu jadąc do Szwajcarii, pamiętajcie aby zaopatrzyć się u ich sąsiadów.

Historyczna Bazylea, z perspektywy samochodowej okazała się przemysłowym, szarym miastem… To jest Szwajcaria???? Naprawdę? To chyba jakaś pomyłka… Takie były moja pierwsze wrażenia.

Jednak kiedy tylko objechaliśmy miasto, na horyzoncie zaczęły się prężyć góry! A jednak byliśmy w Szwajcarii 😉 Po jakiejś godzinie po przekroczeniu granicy znaleźliśmy się w obrazku z puszek na herbatniki… Wspaniałe góry, wiadukty, zieleń… krowy z dzwonkami, drewniane domki… i nocleg nad jeziorem Lac de la Gruyere, niedaleko miejscowości Bulle.

W Niemczech mieliśmy małą rozgrzewkę jeżeli chodzi o jazdę po górskich dróżkach, pod Bulle mieliśmy już konkretną zaprawę. Droga wiła się i wiła, tym razem w dół. Na końcu było piękne jezioro Gruyere a wokół nas region słynący z produkcji sera o tej samej nazwie. Często kupowałam go w Liskeard, jednak wtedy nawet mi się nie śniło że kiedyś będę jeść ten ser w Szwajcarii 😉

Miejsce na nocleg było cudowne… w środku niczego. Tylko my nadal nie mieliśmy prowiantu, bo przecież była niedziela! Z ciężkim sercem postanowiliśmy jednak wjechać na górę po zakupy. Potem zrobiliśmy dla Was Live. Hmmm na naszej pierwszej miejscówce w urokliwej Szwajcarii byliście razem z nami!

_____________________________________

Link do miejscówki nad jeziorem Gruyere (Darmowy parking, z toaletą ‚kompostową’ w sąsiedztwie pensjonatu Les Laviaux) Tutaj 

Route du Lac 23, 1638 Morlon, Switzerland

1 komentarz

  1. xGrool

    Jakże miły psikus zrobiłaś mi Kasiu, wspominając o mnie. Nooo. Tam jest pięknie. Najbardziej zachwycił mnie właśnie ten Fryburg ze zdjęć i opowiadań cioci, która tam siedzi. Mieszkasz sobie w mieście, obok masz bloki, a za rogiem pastwisko owiec, ktoś ma kawałek zielonego pola z pomidorkami… Możesz kupić od takiego właściciela warzywa, które sama możesz sobie zerwać za opłatą. Wyjątkowe jest to, że jesteś w środku miasta, a tam tyle zieleni. Dlatego poleciłem tą miejscówkę 😀 Jest dosyć nietypowa!

    Odpowiedz

Dodaj komentarz