WYPRAWA KAMPEREM #25: Niemcy: odwiedzamy Horshell i trzygwiazdkowy hotel w środku niczego

Z Altenburga wyruszyliśmy dalej na południe. Postanowiliśmy że będziemy jechać autostradą i tylko zjeżdżać na noclegi do pobliskich miasteczek. Z dwojga złego woleliśmy autostradę niż małe miasteczka, w których trzeba zwalniać i zatrzymywać się na rondach i światłach… i ryzykować że kamperek znowu nam zgaśnie.

Tym sposobem zawitaliśmy do wsi Horshell, niedaleko miasta Eisenach.
Eisenach to niewątpliwie godne odwiedzenia, historyczne miasto. To tam Marcin Luter przełożył Biblię na niemiecki, i tym samym zapoczątkował reformację. Eisenach jest w samym sercu Niemiec i być może kiedyś Wam będzie bardziej po drodze.

Jednak wróćmy do Horshell…

W Horshell spaliśmy na bezpłatnym parkingu, gdzie mogą nocować kampery. Poza tym nie było tam nic… ani wody, ani prądu, ani toalety. Ale nam takie miejscówki nie straszne!

Były za to drzewa owocowe: jabłonie i śliwy i początek lub koniec jednego z najbardziej popularnych szlaków pieszych w Niemczech. Mały spacer po małej wiosce, uwieczniliśmy dla Was w filmiku.

Autostrada A4 – Horshell.

Horshell było bardzo urokliwe i niemal idylliczne. Jedynym mankamentem był przebiegający nad wsią wiadukt z autostradą A4… tak tak, tą samą która po polskiej stronie jest schodowa [;

W Horshell spało nam się dobrze, i był to przyjemny przystanek w drodze. Był kościół z dzwonem, który odmierzał godziny, była rzeka, byli cisi sąsiedzi na parkingu. Muszę tu nadmienić, że szlak pieszy i rowerowy zaczynający lub kończący się w Horshell, nazywa się Rennsteig i jest jednym z najstarszych szlaków pieszych w Niemczech – ma prawie 700 lat! Dowiedziałam się o tym tutaj.

Następnym miejscem na nocleg był parking przy hotelu Kuralpe Kreuzhof, tym razem płatny, spodziewaliśmy się 15 euro, w tym 10 do wydania w restauracji.

Na miejscu okazało się że opłata wynosi bardzo sympatyczne 5 euro, uwzględniając prąd i wodę! Hotel był hotelem wiejskim i to takim przed którym można przywiązać konia [; Tak, tak zdarzali się tam tacy goście!

To do Kuralpe jechaliśmy naszymi pierwszymi serpentynami, jako że Hessen to górzysty region…tak wtedy nam się wydawało [;
Hotel położony był pośród pięknych łąk i lasów… na pastwiskach pasły się krowy z dzwonkami… słowem sceneria z reklam alpejskiej czekolady.

Wiejski Hotel.

Miejsce było zaciszne, mogliśmy spacerować z Dieslem godzinami, więc zostaliśmy tam na dwie noce.
Już pierwszego dnia poznaliśmy dwie Polki które pracowały w hotelu i przechodząc koło naszego kampera, zauważyły polską naklejkę: ‚Olsztyn, miasto szesnastu jezior’, którą swego czasu nakleił nam Kuba, i tym oto sposobem nawiązały z nami rozmowę.

Okolica oprócz wspaniałej przyrody miała jeszcze jedną ciekawą atrakcję: Zamek Frankenstaina, zamek wybudowany na szczycie góry, na kompletnym odludziu. Miejsce było bardzo klimatyczne, jednak niewiele dla nas znaczyły niemieckojęzyczne tablice informacyjne, a jak na złość internet tam nie działał… mało tego, nawet GPS wariował. Początkowo myśleliśmy, że to wina odludnej lokalizacji, jednak po powrocie pod nas wiejski hotel, doczytaliśmy że wokół zamku występuje bardzo silne pole magnetyczne, które zakłóca sygnał GPS i internet. Ponoć zaobserwowano tam wiele zjawisk paranormalnych…

Dla mnie jedynym zjawiskiem paranormalnym jakiego tam doświadczyłam był fakt, że właściciel zamku zdawał się kompletnie ignorować wartość historyczną okazałego zamku i skupił się na rozwijaniu restauracji i organizacji imprez okolicznościowych. No ale kogo tam interesuje historyczny zamek czy literatura… Za to na dobrego sznycla albo wursta zawsze znajdzie się klient [;

Jednakowoż, Hotel Kuralpe okazał się miłym i spokojnym postojem i niezłą rozgrzewką jeśli chodzi o jazdę po górskich drogach. Jeszcze wtedy nie przypuszczaliśmy, że tamtejsze góry to dopiero początek naszych talbotowych wspinaczek.

W hotelowej restauracji dominował styl a la wiejski grajdołek… Wiecie serweteczki, sztuczne kwiatki, zakurzone bibeloty z motywami wiejskim, stara maszyna do szycia Singera wykorzystana jako kwietnik, przykryta jakąś okropną żorżetą, czy jakimś innym sztucznym, wściekle błyszczącym materiałem, który często gości na weselnych stołach… słowem wszystko to co można kupić na pchlim targu, z niemieckiego fleuhmarkt [; o ile się nie mylę. Normalnie nie podobają mi się takie szpargały, ale tam, w sercu hesseńskiej wsi, miało to swój urok.

Wiejski Grajdołek 😉 Foto ze strony hotelu. Latem zdejmuje się Wielkanocnego Króliczka, jednak zielona szmata zostaje…

Skuszeni szybkim wifi poszliśmy tam raz na piwo… jednak kiedy zaczęto wydawać kolacje, skusiliśmy się na chyba najdroższy w tej wyprawie posiłek. Jednak wizyta w Kuralpe zbiegła się z naszą rocznicą ślub, więc daliśmy sobie małą budżetową dyspensę.

Tak to już jest w tej podróży, że czasem to co zaoszczędzisz na noclegu i myciu się w wiaderku w środku niczego, następnego dnia beztrosko przejesz lub przepijesz. Jednak życie jest zbyt krótkie aby dusić grosze 😉 Choć ja, nie ukrywam nie lubię wydawać bezmyślnie pieniędzy, dusić też nie lubię… lubię się nimi cieszyć, to znaczy wydawać na fajne doświadczenie lub na przydatną rzecz. Taką rzeczą okazały się dla mnie buty turystyczne kupione w markecie w okolicy Kuralpe, tym markecie który miał super hiper dyspenser na pieczywo!

Haha!

Miejscówki:

 

1 komentarz

  1. Megatron

    No i poczytane! 🙂 Piękne widoki i super klimacik. Wczorajsza premiera wyszła super bo to ciekawe doświadczenie komentować na bieżąco to co się ogląda! 😉 Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz