Wypadek na skraju campingu… potrącony rowerzysta.

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Mimo że dni coraz dłuższe i słońce przygrzewa coraz mocniej, tylko dwa z trzech sektorów na naszym kempingu są zarezerwowane, a to znaczy że na polu przeznaczonym na namioty, mamy wspaniałą, dziką i co najważniejsze pustą łąkę! Ostatnio po skoszeniu tam trawy po raz pierwszy w tym roku, łąka stała się naszym ulubionym miejscem na ładowanie naszych słonecznych baterii. To właśnie tam można wygrzewać się na słońcu aż do 7.30 wieczorem! Uwielbiamy wylegiwać się tam z naszym Dieslem.

W ostatnią środę spędziliśmy na naszej polance dobre kilka godzin rozkoszując się zapachem wygrzanego w słońcu siana, szumem otaczającego nas lasu i winem które zostawiła nam pewna polska rodzinka, niedawno poznana na naszym kempingu. Dopiero chłód jaki pojawił się po zachodzie słońca skłonił nas do powrotu do kampera.

Otwierałam właśnie drzwi aby wpuścić Diesla do środka, kiedy sielankową ciszę rozdarł nagły, głośny huk, a po nim dwa nieco cichsze. Ten nagły złowrogi hałas był niewątpliwie efektem potężnego zderzenia – może dwóch aut na pobliskiej drodze pełnej zakrętów? a może ktoś wjechał w barierę zabezpieczającą?

Takie było nasze pierwsze skojarzenie. Stłuczka.

Prawdopodobnie nasza niedawna podróż kamperem i poleganie na pomocy od obcych ludzi pomogły nam podjąć błyskawiczną decyzję: wsiadamy do auta i jedziemy zobaczyć co się stało.

Może to nic takiego, a może ktoś tam leży w trawie i potrzebuje pomocy’? – powiedziałam dość żartobliwie do Marka. Jednak zanim doszliśmy do auta, usłyszeliśmy krzyk: HELP!

Tak jak staliśmy, wskoczyliśmy do samochodu i popędziliśmy w tamtym kierunku.

Mimo że od zdarzenia minęło mniej niż 5 minut na miejscu stało już kilka aut i cztery osoby, zdające się biegać w kółko w totalnej panice.

Na poboczu drogi, która w tym miejscu bardzo ostro zakręca, tuż za barierą, w trawie leżał mężczyzna. To on wzywał pomocy.

Leżał unieruchomiony przez złamaną nogę, która podwinięta do góry uniemożliwiała najmniejszy ruch. Mężczyzna krzyczał z bólu.

Jego rower, a raczej to co z niego pozostało, leżał jakieś 150 metrów dalej. Na jezdni i w pobliskich krzakach, w zupełnej rozsypce leżał bidon, okulary, torba, kawałki plastiku, części roweru… wszystko rozrzucone jak po wybuchu bomby.

Mężczyzna błagał aby ustawić jego złamaną nogę w normalnej pozycji. Wszyscy byliśmy przerażeni i baliśmy się go dotknąć. Bardzo cierpiał, ale co jeśli przesunięcie złamanej kończyny tylko pogorszy sprawę? Czy aby nie uszkodził kręgosłupa? Czy można go ruszać? Co zrobić na poboczu wiejskiej drogi aby uśmierzyć ten niewyobrażalny ból?

Osoby które były na miejscu przed nami już wezwały ambulans, jednak nikt z nas nie wiedział kiedy dokładnie możemy się go spodziewać.

Mężczyzna był przytomny, oddychał i mimo agonalnego bólu mówił.

Ciasny strój kolarski trzymał jego zmaltretowane ciało w jednym kawałku. Na ubraniach nie było śladów krwi. Jednak mówił o ogromnym bólu w obu nogach, ramionach i miednicy co sugerowało liczne złamania. Prawa noga zgięta w kolanie i wykręcona do góry wyglądała przerażająco i chyba ten widok sprawił, że zgromadzeni wokół niego ludzie nie wiedzieli co robić.

Moja pierwsza myśl: potrzebujemy kogoś kto wie co robić. Tuż za zakrętem jest popularny pub, na pewno mają w załodze osobę przeszkoloną w zakresie udzielania pierwszej pomocy. Zadzwoniłam do nich, opowiedziałam co się stało: ‚Rowerzysta, połamany, leży i jęczy z bólu, czekamy na ambulans, czy macie first aid’era? –

‚Mamy, ale nie możemy go do Was wysłać, mamy dużo gości, nie możemy stracić członka załogi’…

Ugięły się pode mną nogi.

Jednak zanim zaczęłam przeklinać zarząd pubu na czym świat stoi, podbiegła do mnie kobieta: co się stało? … Na szczęście ona wiedziała co robić. Okazało się że pracowała w załodze helikoptera ratunkowego w Londynie – London Air Ambulance. Szybko przeskoczyła za barierę aby ocenić stan mężczyzny.

Zapytała czy ktoś z nas ma apteczkę w samochodzie. Mimo, że na miejscu stały trzy auta, nikt z nas nie miał. Jednak byliśmy dosłownie na brzegu naszego kempingu, i pamiętałam z naszej kempingowej książki o BHP jaką musieliśmy przeczytać zanim rozpoczęliśmy pracę, że na recepcji mamy zestaw pierwszej pomocy.

W ciągu dwóch minut już byłam na recepcji, szybko zgarnęłam skrzynkę z białym krzyżem i dwie pary nożyczek, Rachel – bo tak nazywała się kobieta, powiedziała że trzeba rozciąć ubranie.

Kiedy wróciłam młoda kobieta przytrzymywała głowę rowerzysty, a Rachel miała już dobre rozeznanie sytuacji. Spokojna i opanowana, mówiła do mężczyzny, zwracając się do niego per JP. To ona zdecydowała się ułożyć roztrzaskaną nogę w normalnej pozycji – ‚weź głęboki wdech…’ KRZYK… już po wszystkim.

Sekundy dłużyły się jak minuty, a minuty jak godziny… GDZIE TEN AMBULANS???

‚Czy ktoś ma jakiś koc?’ …

Na szczęście mieliśmy starą kołdrę na której w naszym małym aucie podróżuje Diesel. Robiło się coraz zimniej, a rowerzysta leżał na gołej ziemi.

Rachel metodycznie opatrywała rany mężczyzny, a ja podawałam jej opatrunki z apteczki. Na szczęście nasza apteczka była dobrze zaopatrzona.

Nie wiem jak długo to wszystko trwało, ale w końcu pojawili się dwaj policjanci, którzy zamknęli drogę. Do tego czasu wielu kierowców zatrzymywało się i pytało czy mogą jakoś pomóc. Problem w tym, że bez podstawowej wiedzy medycznej  i doświadczenia działania w sytuacjach ekstremalnych, większość z nas nie była w stanie zrobić wiele.

Kierowca który uderzył w rowerzystę nie wykazał tyle troski. Zbiegł z miejsca wypadku.

Na szczęście mieliśmy Rachel.

Po policji pojawił się ratownik medyczny i ochotnik z RNLI – służby ratowniczej. Potem załoga śmigłowca ratunkowego, który wylądował na polance, na której jeszcze godzinę temu wygrzewaliśmy się beztrosko w popołudniowym słońcu.

Na koniec przyjechał ambulans.

Każda z tych osób miała swój własny plecak lub wielką torbę medyczną…

Wszyscy pojawili się niemal w tym samym czasie… Przynajmniej 10 osób… I chyba w pierwszych chwilach nie za bardzo wiedzieli kto powinien przejąć dowodzenie akcją z rąk dzielnej Rachel…

Chwilę później już jej nie było za barierą. Przekazała pacjenta i odjechała tam gdzie zmierzała… wszak była w okolicy na urlopie.

Jeszcze dobre pół godziny przygotowywano rowerzystę do przeniesienia na nosze.

W końcu zamknęły się za nim drzwi ambulansu. Ratownicy wolno zawieźli go na naszą polankę, na której czekał helikopter.

[embedyt] https://www.youtube.com/watch?v=TeJ20wCrnTM[/embedyt]

Dopiero wtedy poszłam po naszą kempingową apteczkę i kołdrę, która zwinięta, leżała dość groteskowo na poboczu. Jednemu z ratowników też udzielił się ten nietypowy widok: Zawsze ją ze sobą wozisz? – Zapytał z uśmiechem. Młoda ratowniczka podała mi naszą apteczkę mówiąc, że bardzo się przydała.

Przy barierze nadal stała młoda dziewczyna, która tak dzielnie podtrzymywała głowę rowerzysty i dodawała mu otuchy. Pogłaskałam ją po ramieniu i powiedziałam, że była bardzo dzielna.

Niemal tracąc oddech odpowiedziała: On jest wspaniały! To cudowny człowiek! Chodząca inspiracja. Zrobił już tyle dobrego… Zbierał pieniądze na fundację charytatywną… Od kilku miesięcy jestem jego asystentką.

Na telefonie pokazała mi profil naszego rowerzysty. Wysportowany, uśmiechnięty mężczyzna, lekkoatleta… mówca… autor… specjalista od bicia własnych rekordów…doradca sportowców, celebrytów i biznesmenów… 200 000 fanów na FB – Jean- Pierre De Villiers.

Zrobiłam zdjęcie, aby poznać go bliżej.

Tymczasem, pojechaliśmy za ambulansem na naszą polankę aby zobaczyć start śmigłowca. Wszak nie zdarza się to codziennie. Czuliśmy się rozgrzeszeni. Mężczyzna był bezpieczny, chyba nie obraziłby się na nas za to patrzenie…

Przez resztę wieczoru szukaliśmy na serwisach informacyjnych wiadomości o jego stanie, sprawdzaliśmy jego profile na mediach społecznościowych mając nadzieję, że jego przyjaciele udostępnią jakiekolwiek informacje.

Dopiero rano dowiedzieliśmy się że nie ma zagrożenia życia.

Na FB pojawił się następujący komunikat:

JP and Callum were on day 8 of a 10 day cycle challenge from John O’Groats in Scotland to Land’s End Landmark in Cornwall. They had travelled over 880 miles by bike and were on the last few days of their ride. 
Unfortunately JP was run over by a disqualified driver who fled the scene.

The car (travelling up hill) hit him with such force that he went over the car, and flew over the barriers on the hill and was wedged in between a tree and the barrier that stops cars going off the side of the road. His bike was shattered into pieces.

He was Airlifted from North Devon to Plymouth hospital with two broken legs, an internal stomach injury and a broken arm.

He is fresh out of surgery, currently in the ICU, but all he wants now is for his cycling partner @_callum_obrien to finish the 1,000 mile challenge! 🏆👊So despite everything, his mindset remains unbreakable. And the team will make sure that this challenge is finished!

If you haven’t yet donated to the charity that he was riding for, now is the time to show your support https://www.justgiving.com/fundraising/cyclingforaddie

Jakie były pierwsze słowa JP po wybudzeniu się po operacji? Przeprosił swojego partnera, za to, że nie będzie w stanie towarzyszyć mu do końca trasy i kazał mu kontynuować.

Pierwotnie JP dążył do uzbierania £2,000 aby wspomóc fundację wspierającą chorych na raka mózgu. Po opublikowaniu informacji o wypadku, w jeden dzień zebrane wcześniej £300 zamieniło się w £3000… Co zrobił JP? Podniósł target do £10,000. Na tę chwilę na jego stronie odnotowującej datki, balans wynosi £7,213.

W następnym wpisie streszczę Wam filozofię JP. Jean Pierre skupia się na radach dla sportowców, którzy chcą poprawić swoją wydolność, jednak to uniwersalna mądrość, która może zainspirować każdego z nas.

Trzymaj się JP. Cieszę się, że jesteś w jednym kawałku.

 

 

 

 

 

 

 

 

1 komentarz

  1. Agnieszka Gajewska

    Ludzkie losy to jak ścieżki które krzyżują się że sobą w najbardziej nieoczekiwanych momentach naszego życia. Spotykamy osoby o których istnieniu nie wiedzieliśmy wcześniej. Te spotkania raz burzliwe, raz zupełnie spokojne zawsze zostawiają ślad na drodze która kroczymy, sprawiają że nic już nie jest takie samo, ubogacaja nas a czasem wywracaja nasze życie do góry nogami. Gdyby nie ten wypadek nigdy bym się nie dowiedziała o istnieniu JP. Gdybym nie znała Was, którzy mi o nim opowiedzieliscie… Teraz co dziennie kiedy otwieram oczy uśmiecham się do siebie 🙂 Pozornie nic się nie zmieniło, a jednak. Mam nadzieję że wszystko dobrze się zakończy i JP odzyska zdrowie. Życzę mu tego z całego serca. Dziękuję Wam za ten wpis. Dziękuję losowi że nasze ścieżki się spotkały 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *