Wyjeżdżamy z Anglii. Dokąd? Francja, Hiszpania? Rozpoczynamy nową, zimową wyprawę.

Spread the love
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Lato było intensywne, praca, praca, praca. Wrzesień był czasem odreagowania i życia chwilą… Dziś nic nie musimy? Więc nic nie robimy :D:D:D A w październiku lało niemal dzień w dzień i naprawdę zaczęliśmy rozważać jakby tu tanim kosztem przerobić naszą przyczepę kempingową na Arkę. Deszcz, błoto, ciemno… zatem po pracy odpoczywaliśmy sobie w przyczepce, oglądaliśmy filmy albo rozmawialiśmy o tym gdzie pojedziemy zimą i co jeszcze trzeba zrobić w kamperze przed wyjazdem. Jednak kamper był w warsztacie i czekaliśmy na niego do połowy miesiąca. A i potem zgubiliśmy rurę wydechową kiedy to przejechałam zbyt szybko po progu zwalniającym, a kilka dni później rozrusznik wyzionął ducha. Na szczęście jeszcze kiedy byliśmy w Mill Park. Zatem faktycznie, nie mogliśmy zacząć organizować się w kamperze i przygotowywać przyczepy do zimowania, nie mając naszego Talbota.

Dni mijały szybko, i kiedy w końcu Kamper do nas wrócił, zabraliśmy się za montaż Chińskiego Webasto – awaryjnego ogrzewania na diesel. Prace rozłożyliśmy na trzy etapy: planowanie miejsca na ustrojstwo i testowanie ustrojstwa, montaż ustrojstwa – w sumie projekt zajął nam 3 popołudnia. Dlaczego nie zrobiliśmy o tym filmiku? Nie chcieliśmy się podstawiać Specom od wszystkiego i tłumaczyć się dlaczego robimy tak a nie inaczej, amatorsko i jeżeli kamper pójdzie z dymem, to na naszą odpowiedzialność.

W każdym razie nasze urządzenie działa i to jak!!!

Ostatnie dni przed wyjazdem były wypełnione pracą. Przeprowadzka, opróżnianie przyczepy, sprzątanie wokół przyczepy… Słowem składanie naszego gospodarstwa. Trzeba było złożyć parawany, przedsionek, wywieźć drewnianą podłogę, wszystko umyć, spakować i przygotować na zimę. Przedsionek upchnęliśmy do rovera 😉 jak i większość rzeczy . Lodówkę do pomieszczenia gospodarczego, właściwie to jedyny nasz dobytek który wymagał miejsca na przechowanie, reszta poszła do auta, niewiele zostawiliśmy w samej przyczepie. Wszak kiedy wrócimy,chcemy podłączyć ją do prądu i zacząć w niej mieszkać, a nie wynosić rzeczy.

W oparach żartów naszego Kempingowego Dziadka: nie śpieszcie się tak, przecież nigdzie nie pojedziecie… macie przecież czas do grudnia… nie grab tych liści, zrobimy to w styczniu 😀 😀 😀 w końcu udało nam się zamknąć za sobą drzwi przyczepy i z pomocą tego samego Dziadka założyć pokrowiec na nasz domek na kółkach. Dziadek pomógł nam ochoczo, mimo przeziębienia i parszywej pogody. Padało tak intensywnie, że w kieszeniach deszczówki miałam dwa jeziorka, jakieś 2 cm wody… wkładam ręce do kieszeni a tu… chlup! Tak było kochani. Ten uśmiech i dziarska mina to uśmiech szaleńca na krawędzi. Przypatrzcie się moim kaloszom i przemoczonym spodniom. Było nam zimno, mokro i głodno. Ale udało się!

Nasi wspaniałomyślni szefowie i tak zapytali nas kiedy chcemy zakończyć pracę aby mieć czas na przygotowania. Ach kochani. Skończyliśmy troszkę wcześniej niż zakładaliśmy i całe szczęście, bo i tak pakowaliśmy się w panice. W czwartek skończyliśmy pracę, a w niedzielę 3 listopada, po pożegnalnej kawie z naszą kempingową rodziną, wyjechaliśmy w porannym słońcu aby już bez pośpiechu, dotrzeć do Eurotunelu… Trasa przez Anglię wynosiła 269 mil, czyli 433 km i nawigacja przełożyła ją na 6 godzin przepisowej jazdy. Kiedy jeździliśmy do Polski autem osobowym, pokonywaliśmy ten odcinek w jeden dzień, zakończony noclegiem w Belgii. Jednak tym razem rozłożyliśmy ten etap na trzy dni i dwa noclegi. Wszak ‚cel jest niczym, droga jest wszystkim’. Nie lubimy się śpieszyć.

Pierwszy nocleg, podobnie jak w zeszłym roku był pod Stonehenge, na poboczu polnej drogi. Miejscówka była bardzo klimatyczna, z okien widzieliśmy słynny Kamienny Krąg… jednak nieutwardzona droga składała się głównie z dziur i ich omijanie kosztowało nas uszkodzenie mocowania bocznego lusterka… które złożyliśmy w ofierze przydrożnemu drzewu. Pierwszy dzień i już usterka? Co będzie dalej…

Jednak cały czas promienuje z nas Złombolowy duch przekazany nam przez Wojtka, Maćka i ich auto Skoda Mocy który natchnął nas i zastosowaliśmy jedyne, słuszne w tej sytuacji rozwiązanie: trytytkę.

To był darmowy nocleg w polu i uratowało nas wtedy nasze Chińskie Webasto, bo było zimno i wietrznie. Mieszanka propan butan płynęła leniwie od butli do piecyka, ale kiedy za przyciśnięciem jednego guziczka zafurczał nasz cud chińskiej myśli technicznej, w kamperze można było się poczuć jak w Hiszpanii.

Nazajutrz ruszyliśmy dalej, tym razem do Kent. Marek wynalazł nam nocleg na parkingu przed pubem. W Anglii wielu właścicieli pubów pozwala na nocowanie w kamperze na swoim terenie, za symboliczną kwotę lub w zamian za zamówienie posiłku w ich restauracji. Jest to z reguły o wiele tańsze niż pobyt na kempingu i nie trzeba tego dnia gotować! Taki parking to bezpieczna i oświetlona miejscówka na noc, na prywatnym terenie, z którego nikt nas nie wygoni. Pub znajdował się na uboczu małej wioski i właściwie poz nim i domami nic innego tam nie było.

Posiłek był miłą niespodzianką, bo po raz pierwszy podano mi w lokalu posiłek jak u mamy. Mój obiad był przepyszny. A może to trudy ostatnich dni i euforia rozpoczęcia podróży nadał mu taki smak?

Zamówiłam typowo angielskie danie: placek z wołowiną w ciemnym piwie (pulled brisket and guiness pie), ziemniaczki, pieczone warzywa, na gniazdku z zielonej kapusty a do tego chlust brązowego sosu. Marek miał bardziej współczesne danie: BBQ chicken melt, grillowany kurczak w sosie bbq z zapiekanym serem.

Tak pokrzepieni, w ciepłej atmosferze przy świetle świec, z truden doczekaliśmy do pory ostatniego spaceru Dyzia – godziny 21-ej! I wreszcie poszliśmy spać. Właściwie to czekaliśmy na ten moment od kiedy zrobiło się ciemno. Te pośpieszne przygotowania do wyjazdu i okropna pogoda nieźle dały nam w kość.

Nazajutrz przemierzyliśmy zawrotną, półgodzinną trasę do Folkestone, gdzie bez żadnych problemów przejechaliśmy przez bramki i spokojnie czekaliśmy na nasz pociąg do Francji.

Tym razem kamper jechał i stawał wtedy kiedy Marek wydawał mu takie rozkazy i nie ukrywam, jechało się jakoś dziwnie 😀 Zgodziliśmy się, że pieniądze które wydaliśmy na wymianę pompy paliwa, były jednymi z najlepiej wydanych w naszym życiu.

Jedziemy pociągiem w kamperze… Eurotunel

Kiedy pociąg się zatrzymał i usłyszeliśmy sygnał do wyjazdu, za jednym przekręceniem kluczyka Talbot radośnie odpalił i pomknęliśmy ku Francuskiej ziemi, krainie bagietek, do której moda na nietolerancję glutenu jeszcze nie dotarła.

Zgodnie z naszymi nadziejami, mimo absurdów Brexitu,

W noc ognisk wjechaliśmy na Kontynent…

Miesjca na nocleg:

  • Darmowy parking z widokiem na Stonehenge, uwaga dziury! N 51.18381, W 1.82642 N 51°11’02”, W 1°49’35”
  • The Flying Horse Inn (nocleg jako dodatek do posiłku, latem na ogrodzonym padoku). Wye Road, Boughton Lees, Ashford, Kent, TN25 4HH

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *