Ucieczka z labiryntu. The maze runners.

Cześć Kazie i Kaziczki,

Puf… puff … puffffff a co tu tyle kurzu?

Czasami osoby które przychodzą na moje zajęcia mają mnie za jakąś superwoman o nadprzyrodzonych siłach. Myślą że skoro znam odpowiedzi na ich pytania, stawiam się na czas w względnym porządku i niewiele rzeczy wyprowadza mnie z równowagi, mam jakąś tajemniczą moc która sprawia że idealnie sobie ze wszystkim radzę, potrafię rozwiązać każdy problem i w ogóle jestem nie do zdarcia.

Hmmmm oczywiście to nieprawda. Bywają takie dni, kiedy trzeba po prostu odpuścić. Zwolnić. Spędzić dzień w piżamie 😉 I opowiedzieć Wam co u nas 😉

Ci z Was którzy widzieli mały filmik sprzed niemal dwóch tygodni, opowiadający o naszej przeprowadzce do kampera, mniej więcej wiedzą what I am on about…

Tak, przygotowania nabrały tempa.

Od kilku tygodni jest bardzo intensywnie. Sprzedaliśmy już większość swoich rzeczy. Dom stał się bardzo przestronny. W tej chwili siedzę na materacu… bo łóżko pojechało wczoraj w świat. A z jakimi przygodami! Może Wam opowiem kiedyś na Lajwie.

Aaaaa oczywiście nadal chodzimy do pracy. Zajmujemy się domem i psem. I wyprowadzamy się z domu.

Jednak tym razem sprawa nie ogranicza się do spakowania rzeczy i przeniesienia ich do innego budynku. Musimy ograniczyć nasze belongings do minimum. Mimo wielu szafek i schowków w kamperze, mamy na uwadze ograniczenia dopuszczalnej masy naszego domku na kółkach i wiadomo że na tak małej przestrzeni zbyt wiele rzeczy stworzy bałagan. A ja przecież ciągle mam problemy z odkładaniem ich na miejsce [;

Za trzy tygodnie musimy być zainstalowani w kamperze na dobre.

Nie lubię zostawiać dużych projektów na ostatnią chwilę. Chcemy być gotowi na tydzień przed terminem i żyć w domu jak w hotelu. Mieć zdolność spakowania się i opuszczenia budynku w przeciągu godziny. Ha!

Mówię Wam Kazie i Kaziczki to nie jest takie proste.

Co rusz atakują nas jakieś nowe wyzwania, naprawy, wydatki. Jakieś dawno zapomniane zobowiązania, kontrakty, umowy z których wyplątujemy się jedna po drugiej. Ohhhh firmy kochają nowych klientów- konsumentów, tak łatwo podpisać ich cyrografy, jednak uwalnianie się od nich to już zupełnie inna historia.

Tygodnie pracy w pracy i w domu dają się we znaki. Natłok myśli, spraw i wątpliwości (czy to na pewno dobry pomysł?)  nie pozwala spać. Brak snu odbija się na nastroju i zdolności aby brać codzienność na klatę… To najtrudniejszy czas. Na szczęście już niedługo.

Każdy pusty kąt w domu, każdy karton rzeczy przypomina, że wyprawa z dnia na dzień, z godziny na godzinę staje się faktem. Hmmm to ekscytujące i przerażające zarazem. Działa nie tylko na nas ale i na rodzinę i przyjaciół którzy nas odwiedzają. Rzeczywistość poraża. Wielu myślało że skończy się na gadaniu. Ha!

Pozbywanie się rzeczy jest bardzo męczące. Sprzedaż dobiega końca. Teraz to już kompulsywnie rozdaję to co zostało. Jestem tak skupiona na osiągnięciu celu, że dzień w którym nic nie ubyło z domu lub garażu wydaje się dniem straconym. Nie mam żalu. Ani trochę. Nie zastanawiam się zbyt długo. Dążę do momentu kiedy moje rzeczy zmieszczą się w małej torbie, którą mogę zamknąć i zabrać ze sobą do kampera.

Oczywiście łapię ostatnie chwile z najbliższymi. Nie odmawiam nikomu kto chce się ze mną spotkać, pobyć i pogadać. Człowiek nabiera innej perspektywy kiedy wie że za kilka tygodni wyjedzie. Zostawisz swoich ludzi i miejsca. Doceniasz każdą relację i każdego życzliwego człowieka bardziej niż kiedykolwiek. Starasz się nie uronić ani chwili. Nie zmarnować szansy aby kogoś przeprosić lub powiedzieć mu coś miłego, umocnić relację, zanim się pożegnasz.

W filmiku, który tu dziś Wam przytoczyłam mówiłam że nie chcemy żyć od weekendu do weekendu, od urlopu do urlopu. Nie chcemy żyć czekając… I dziś wpadł mi w ręce, a raczej hmmm wyświetlił mi się artykuł który czytałam już wcześniej, opowiada o grupie przyjaciół którzy stali się ‚uchodźcami od technologii’ i zamieszkali w lesie, gdzie są samowystarczalni.

Jeden z założycieli tej komuny tak opowiada swoją historię:

“I would find myself sitting at my desk wishing the day was over so I could go home…” says the community’s founder “Todd” in the mini documentary.

“And then I would wish it was Friday … and then I would wish my next vacation was coming up. And then I realized I was very literally wishing my life away.”

Właśnie o tym mówiłam w filmiku. O czekaniu na koniec dnia pracy, potem czekaniu na weekend… i na kolejny urlop.

I was wishing my life away – życzyłem sobie, czekałem aby moje życie upływało. To szaleństwo prawda? I nie mieszkanie w lesie i żywienie się korzonkami, ale właśnie takie czekanie i odliczanie godzin i dni do czegoś, to jest szaleństwo.

Pełen tekst znajdziecie tutaj. 

Ostatnio oglądaliśmy świetny film – The Maze Runner, Więzień Labiryntu. Nie chcę Wam opowiedzieć za dużo. Najciekawszym motywem było to że grupa młodych chłopaków żyła na pewnej polanie, nie wiedząc właściwie skąd i po co tam są. Wokół niej roztaczał się niebezpieczny labirynt, a wielkie wrota co wieczór zamykały się chroniąc mieszkańców polany przed potworami grasującymi w labiryncie. Żyli tak sobie przez kilka lat, polegając na comiesięcznym kontenerze, który zawierał wszystko co było im potrzebne do życia. Przywiązani do swojej polany, którą jedni nazwaliby domem a inni więzieniem.

Podobnie jest z pracą i comiesięczną pensją. Oddajesz godziny, tygodnie, miesiące, swojego życia w zamian za pieniądze. Pieniądze które wymieniasz na jedzenie, rzeczy i sprawianie sobie przyjemności. Hmmm na przeklęte rzeczy i zobowiązania które sprawiają, że nie możesz wymeldować się ze swojej codzienności jak z hotelu.

Jesteśmy tego uczeni od najmłodszych lat.

Najpierw szkoła, potem praca, potem praca i życie rodzinne.

Budzisz się, wychodzisz z domu… uczysz się czy pracujesz na kolejny kontener. Jest bezpiecznie. Jesteś w swojej strefie komfortu. Masz swój rytm. Mniejszą lub większą siatkę kontaktów rodzinnych i towarzyskich.

Słodkie, miłe życie.

Nie wiem czy życie w kamperze będzie słodkie i miłe. Po raz pierwszy nie będę pracować na etacie. Po raz pierwszy będę tak daleko od moich rodziców, na tak długo. Przyjaciół już raz zostawiłam, wyjeżdżając z Polski. Z tym dam sobie radę. Wiem że z najbliższymi i tak będę w regularnym kontakcie.

Wiem że w Polsce czekają na mnie przyjaciele z którymi nigdy nie rozmawiałam twarzą w twarz 😉

Nie wiem jak będzie.

Czy się boję?

Pewnie że tak. Każdy się boi nieznanego. I dlatego nieznane jest tak pociągające!

Jedyne co wiem na pewno to, to że mogę liczyć na Marka. Że razem sobie poradzimy. Że przy nim nic mi nie grozi. I że kiedy będzie naprawdę ciężko przytulimy się do naszego psiaka. Porozmawiamy a może i wrócimy.

Mamy siebie – ha może to frazes? My naprawdę mamy siebie. Razem możemy osiągnąć niesamowite rzeczy. Już osiągnęliśmy. Ja już nawet nie pamiętam mojego życia zanim spotkałam Marka. Nie żyłam zbytnio, nie wiedziałam kim jestem i czego chcę. Nie wiedziałam co jest dla mnie najważniejsze. A i nie wiedziałam że jestem fajna :D:D:D

Naszym największym osiągnięciem są nasze wspólne lata. Przygody. Wypady. Dzikie pomysły. Nasz pies. Wiecie co jest w tym najbardziej zadziwiające? Nadal ciągle nam za mało czasu dla siebie. Na rozmowy, na to aby się poznawać, odkrywać [; Kurde, od hmmm nie powiem Wam ilu dokładnie, ale od lat jesteśmy w fazie poznawania siebie. Totalnie zbzikowani na swoim punkcie, niezdolni aby zasnąć kiedy drugiego nie ma obok. Ciągle głodni tego czasu dla siebie.

Kogoś mdli od tej słodkości? Trudno. To mój post. Moje życie i moje emocje 😀

Mała rada na koniec.

Jeśli kiedyś zdecydujesz się na zmianę na podobną skalę, upewnij się że masz wokół siebie ludzi którzy w Ciebie wierzą i ignoruj tych którzy mówią że Twój pomysł jest skazany na porażkę. To Twoje życie, Twój świat i Twoje zabawki. Twój wybór może spowodować tąpnięcia, może niektórych przerazić. Jak mówiłam, boimy się nieznanego. Czasem najłatwiej to wyśmiać i zdyskredytować. Teraz pojadę cytatem  z Coelho i gwiżdżę na to, że niektórzy twierdzą że ten człowiek nie istnieje:

Kiedy się czegoś pragnie, wtedy cały wszechświat sprzysięga się, byśmy mogli spełnić nasze marzenie.

A tu wskazówka ode mnie: w takiej chwili nie potrzebujesz ludzi którzy w Ciebie wątpią… i wyolbrzymiają Twoje lęki i wątpliwości. Potrzebujesz tych, którzy Cię wspierają.

Niah niah niah 😉 Baj, baj Kazie i Kaziczki. Jesteście gotowi na zmiany? Mam przeczucie i głębokie przeświadczenie, że zmiany są zawsze na lepsze. Nawet jeśli znajdziesz się na dnie i wrócisz, wrócisz bogatszy o nowe doświadczenia i te dobre i te przykre.

 

 

1 komentarz

  1. Aga Gaj

    Kasiu czytam już ktorys raz i za kazdym razem znajduje coś nowego nad czym warto się zatrzymac i podumac. Jestescie niesamowici jak i niesamowite jest to co Was łączy. Dziękuję Ci że dzielisz się z nami tak osobistymi przemysleniami i że nie poddajesz się, a tym samym pokazujesz nam że można, że wszystko jest mozliwe, jesli tylko chcemy . Życzę Wam szerokiej drogi i wielu przyjaciół napotkanych po drodze.

    Odpowiedz

Dodaj komentarz