Praca w Anglii, mieszkanie w kamperze, na campingu #3.

Tym razem nasza rozmowa o pracę miała korzystny finał! Nasza szefowa i jej mąż zatrudnili nas oboje. Kurtki bardzo dobrze na nas leżą i naprawdę nosimy je z dumą. Logo na ramieniu daje nam pewne przywileje i odrobinę władzy. Aga mówi o nas Leśni Strażnicy… W Parku zadomowiliśmy się bardzo szybko i każdego poranka witamy dzień uśmiechem, nadal nie do końca dowierzając, że tu jesteśmy.

Jednak cofnijmy się do naszych pierwszych tygodni w Parku 😉

1 lutego wypadał pierwszy dzień naszej pracy w Parku. Pamiętam to bardzo dokładnie, to był piątek, a my postanowiliśmy że na miejsce przyjedziemy dzień przed aby się rozłożyć, podłączyć do prądu itp. Akurat w czwartek 31 stycznia 2019, układ planet  i stref barycznych spowodował że w północnym Devon padał śnieg, zamykano drogi i wiało nie tylko lodowatym wiatrem ale i grozą… W takiej właśnie atmosferze odbywała się nasza kolejna już przeprowadzka i rozpoczynanie nowego życia i nowej pracy.

Sunęliśmy powoli po zaśnieżonych drogach na naszych jakże letnich i jakże łysych oponach, naprawdę kusząc los. Marek jechał kamperem z Dyziem na pokładzie, a ja tuż za nimi naszą małą niebieską żabką. Im bliżej celu, a tym samym oceanu, drogi stawały się coraz węższe, a wiatr się nasilił. Jednak tego dnia los się do nas uśmiechnął i szczęśliwie dotarliśmy na miejsce, dosłownie minuty przed zmrokiem.

Powitały nas uśmiechnięte twarze naszych przełożonych, będących zarazem sąsiadami i towarzyszami na tym nie ukrywajmy dzikim, zimnym i mokrym wygwizdowie… Oj tak, północny Devon, niemal zupełnie opustoszały przed sezonem turystycznym nie napawa optymizmem 😀 Jak mieliśmy się przekonać w następujących tygodniach, nasza jakże turystyczna okolica zapada niemalże w sen zimowy co ma bardzo konkretny wpływ na życie regularnych, całorocznych mieszkańców. Wraz z końcem lata, kiedy region opuszczają nawet najbardziej odporni na zimno turyści, w Ilfracombe i okolicach dosłownie gasi się światła i zabija okna sklepików i barów dechami 😀

Jednak wróćmy do naszej Parkowej rodziny. Już od pierwszych chwil okazali nam tyle troski i uprzejmości, że nabraliśmy pewności, że w najbliższą niedzielę zobaczymy wszystkich członków rodziny w ich najlepszych ubraniach wesoło dreptających do najbliższego kościoła, zboru, synagogi, świątyni czy hali świadków… No po prostu takich ludzi to już dawno nie spotkaliśmy [; Ale zostawmy naszą Parkową rodzinę w spokoju i prywatności. Powiem Wam tylko że przypomniało mi się powiedzenie: lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć 😉

Park przed otwarciem wyglądał dość smutno, jednak nadal pięknie. Otaczały nas bezlistne drzewa a z nastaniem zmroku władzę nad Parkiem przejmowała ciemność, żę oko wykol! Każde wyjście z kampera po godzinie 16 nie mogło odbyć się bez latarki. Na całym obiekcie nie paliło się choćby najmniejsze światełko. Za to w bezchmurne noce świeciły nam gwiazdy i to w ilościach hollywoodzkich.

Przez pierwszy tygodnie pomagaliśmy w pracach ogrodniczo -porządkowych, i przez wiele dni na pytanie: Czy już kiedyś to robiliście? Mieliśmy jedną odpowiedz: NIE 😉 Było nam trochę wstyd, ale co zrobić, no co zrobić uczyć się! I tak to dzięki cierpliwości i wyrozumiałości naszej Parkowej Rodziny przez pierwszy miesiąc nauczyliśmy się:

  • układać trawę w rolkach
  • prowadzić wózki golfowe
  • obsługiwać małe wywrotki
  • współpracować z operatorem koparki
  • obsługiwać cały szereg maszyn sprzątających, elektrycznych mopów, odkurzaczy na sucho i mokro, maszyn do sprzątania parą itp.
  • obsługiwać zagęszczarkę (Marek)
  • obsługiwać kosiarki, także taką na której się siedzi 😀  wykaszarki, dmuchawy  i odkurzacze do liści.

Pierwszy dzień pracy minął nam właśnie na układaniu trawy w rolkach na nowych miejscówkach dla kamperów i o wrażeniach z naszej ‚pracy’ opowiedziałam Wam w filmiku.

Można powiedzieć że cały luty mieliśmy taryfę ulgową. Pracę zaczynaliśmy o 9.30 i pracowaliśmy do godz 13.30. Potem mieliśmy przerwę aby wyjść z Dyziem, zjeść obiad i odpocząć aby wrócić na 14.30 na całe dwie godziny pracy. Pracowaliśmy od poniedziałku do piątku, a weekendy mieliśmy wolne. Z dniem pierwszego marca nasz grafik miał się zmienić: start o 6.30 rano… praca do 11.30 potem przerwa znowu praca od 15.30 do 16.30… brak wspólnych dni wolnych ;/ Ale!!!! Nawet jeżeli oboje pracujemy mamy wspólną przerwę na lunch no i jesteśmy wolni po 16.30 a przecież letnią porą to będzie jeszcze hulaj dusza!

O tym co robimy po pracy i o naszym rytualnym spacerze ‚aby zobaczyć wodę’ napiszę Wam w oddzielnym poście, a dziś jeszcze opowiem Wam szybciutko jak na nasze życie w Parku wpłynął Dzień Otwarcia.

No więc przez cały luty zdążyliśmy się przyzwyczaić, że obiekt należy do nas i że Diesel może sobie tu hasać bez smyczy i możemy zachowywać się tutaj bardzo swobodnie, wszak byliśmy jedynymi rezydentami na ogromnym polu kempingowym. Z dniem otwarcia w Parku pojawili s

ię pierwsi goście… w ogóle ludzie się pojawili! Obcy! I to sporo! Na polu, przy wodospadzie, w lesie, w sklepie i w barze pojawili się ludzie… a z nimi ich psy.

Pierwsze dni marca były bardzo słoneczne i nagle dziesiątki przyczep kempingowych do niedawna zasłoniętych i pogrążonych w zimowym śnie ukazały się w pełnej glorii. Zniknęły zielone plandeki, a na polu zrobiło się biało. Wiosenna pogoda zachęciła niemal wszystkich stałych gości do odwiedzenia Parku i widać było że kempingują tu od lat i bardzo dobrze się znają. Potem zaczęły się perypetie z przedsionkami, po angielski awning. Nasi przełożeni polecili nam taki nabyć abyśmy mieli więcej przestrzeni [; jednak nie przed kwietniem z uwagi na sztormy 😀

Posłuchaliśmy tej rady, w przeciwieństwie do większości rezydentów, co miało swoje konsekwencje.

Rozłożenie takiego przedsionka, to nie lada wyzwanie i wymaga przynajmniej kilku osób. Z jakiegoś powodu, podobnie jak właściciele jachtów, właściciele przyczep kempingowych też mają jakąś dziwną manię na punkcie rozmiaru i chyba każdy chce mieć największy przedsionek na polu. Przez pierwszy tydzień po polu krążyły sąsiedzki komitety przedsionkowe, całe grupy robocze cierpliwie rozkładające przedsionki. To był bardzo budujący widok. Kilka sąsiedzkich par wspólnie rozkładało przedsionki przy swoich przyczepach. I jednego dnia taka grupa zdołała rozłożyć tylko jeden! Także możecie sobie wyobrazić ile to pracy. Na koniec, kiedy w przedsionku była już drewniana podłoga, następował rytualny przytup aby sprawdzić jej poziom i wytrzymałość, a potem to już tylko lało się wino!

O przedsionku i o tym jak jest wykorzystywany u większości gości a jak u nas zrobię Wam osobny materiał. To dość ciekawy temat i kolejne jajko z niespodzianką!

Mimo, że na polu na którym mieszkamy mamy w pobliżu jakieś 40 przyczep kempingowych to około godziny 21 wszyscy rezydenci ku naszej radości, gaszą swoje światła, rozmowy i idą grzecznie spać. Wtedy my zabieramy Dieselka na wieczorny spacer, obchodzimy sobie cały teren, napawamy się ciszą, słuchamy ile sówek już śpiewa w lesie i też idziemy spać 😉 Zawsze w strefie księżniczki, a raczej pary królewskiej jak to łądnie ujął XGrool i zawsze przy otwartym oknie.

2 komentarze

  1. Agnieszka Gajewska

    Miałam odłożyć czytanie na wieczorną „ciszę i spokój” ale nie wytrzymalam 🙂 Bo jak tu spokojnie sadzic słoneczniki kiedy wiesz, że kolejny wpis się pojawił. Uwierzcie mi – nie da się 🙂 Przeczytałam i jak zwykle wprawiona w dobry nastrój mogę kontynuować moje ogrodowe zmagania. Kasiu, Twoje wpisy są jak najlepsza książka. Wszystko staje się takie realne jakbym była tam z Wami. Cieszę się że macie pracę, która daje Wam satysfakcję. Wszyscy dobrze wiemy jakie to ważne. Kibicuję Wam z całego serca moi Leśni Strażnicy <3

    Odpowiedz

Dodaj komentarz