Pierwszy camping w Polsce – Izbica Kujawska.

Cześć Kazie i Kaziczki,

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy zatrzymaliśmy się na naszym pierwszym polu namiotowym w Polsce.

Było to w mojej okolicy (Kujawsko-Pomorskie) która zdaje się być białą plamą na turystycznej mapie Polski. Niewiele tam jezior, nie wspominając o polach campingowych czy namiotowych, jednak udało nam się znaleźć pole w okolicy Izbicy Kujawskiej.
‚Pole namiotowe nad jeziorem, teren zalesiony, spokój i cisza’. Na szczęście wszystko się zgadzało. Wiecie jak to jest z tymi kwaterami ‚nad jeziorem’ reklamowanymi w internecie. Często po dotarciu na miejsce okazuje się, że jezioro jest i owszem ale w odległości kilkuset metrów, tuż za ruchliwą drogą… lub za ogrodzeniem.

Klimatyczna miejscówka, która chciała nas zatrzymać na dłużej 😉

U nas jeziorko było na tyle blisko, że widzieliśmy je z kamperka.

Na miejsce zajechaliśmy tuż przed zmrokiem, w strugach deszczu. Przywitała nas młodziutka panieneczka, która pracowała jako recepcjonistka, barmanka i sprzedawczyni.
Ku naszej zgrozie przywitało nas też dudniące radio, które stwarzało iluzję iż oto jesteśmy w tętniącym życiem miejscu. Oprócz nas na polu były jeszcze dwie rodzinki w przyczepach kempingowych i kilka w domkach angielskich, dobrze znanych nam karawanach, jednak sąsiedzi domków nie wyściubili nosa za próg. Zapewne byli zajęci oglądaniem telewizji 😉

Pole namiotowe było tanie, a cena przystawała do standardów sanitariatów. Jednak byliśmy nad jeziorkiem, wokół nas było niewiele osób i na szczęscie niewiele psów – o zgrozo bez smyczy! Wreszcie mogliśmy się zrelaksować, czuliśmy się tam dobrze.

Nasze Jezioro 😉

Wiecie że mamy panel solarny, więc nie korzystaliśmy z możliwości podłączenia się do prądu, jednak kuriozalnie i tak zostaliśmy poproszeni o uiszczenie dodatkowych 5 złotych na poczet korzystania prądu w toaletach! A jednak trzeba było chodzić do wychodka :D:D:D He he za luksus się płaci.

Na izbickiej ziemi spędziliśmy beztroskie chwile, podziwiając ślady minionej epoki,które wesoło puszczały do nas oko; godło na budynku gdzie dziś znajdują się toalety, stare tabliczki i ‚mała gastronomia’.
Na polu ujęły nas udogodnienia do wspólnego użytku wszystkich gości, na przykład piękne i okazałe miejsce na ognisko, tuż przy brzegu jeziora, otoczone ławkami które mogłyby pomieścić niejedną drużynę harcerską.

Wyczuwało się atmosferę swobody i wakacyjnego luzu. Właścicielka beztrosko opowiadała nam, że na polu pieski nie muszą być na smyczy, co paradoksalnie, dla nas nie było dobrą wiadomością. Jednak dla wszystkich psiaków które nie mają problemów z innymi przedstawicielami swojego gatunku, to wspaniałe miejsce.

Pobyt mijał nam dość sielankowo do momentu wyjazdu.

Poprzedniego dnia lało, a my rozbiliśmy się na małej polance otoczonej sosnami. Sosny oznaczają piaszczyste podłoże i dość miękki grunt, za miękki dla naszego Talbota. I tak oto zaczęła się przygoda wyjazdem z pola… Na początku próbowaliśmy poradzić sobie sami, do przodu, do tyłu… na pełnym gazie… ale im bardziej próbowaliśmy się stamtąd wydostać, tym głębiej w piachu grzęzły przednie koła.

Jednak nie minęło więcej niż pięć minut, kiedy przybiegł do nas sąsiad z przyczepki obok i zaproponował pomoc 😉 Wszak byliśmy na polu z epoki kolektywu, czynu społecznego i generalnej międzyludzkiej solidarności 😀 Jednak duch sąsiedzkiej pomocy nie udzielił się ani rezydentom domków, ani właścicielom pola…

Tylko Pan Paweł walczył dzielnie o nasz wyjazd. Zapis akcji możecie obejrzeć na filmiku. Brakuje końcowej triumfalnej sceny wyjazdu, kiedy to Talbot był holowany na linie przypiętej do busa Pana Pawła, a ja wraz z pięcioma innymi osobami pchałam nasze autko. To nie był czas na filmowanie!
Należy oddać tu sprawiedliwość właścicielce pola, która po tym jak poszłam poprosić o pomoc użyczyła nam kostkę brukową pod koła i zaprzęgła do pracy obojętnych dotąd obserwatorów.

Pamiątkowa fotka z Panem Pawłem i jego żoną, po udanej akcji holowania i pchania naszego kampera 😉 Dziękujemy!

Po raz kolejny problem i trudność okazały się sposobnością aby doświadczyć ludzkiej życzliwości 😉 Już po wszystkim porozmawialiśmy sobie z naszym Piaskowym Wybawcą i w podziękowaniu zostawiliśmy małe co nieco do wypicia wieczorkiem nad jeziorkiem i oczywiście wizytówkę KazikTV 😉 I tutaj usłyszeliśmy: ‚Oj nie trzeba, ale dziękujemy, schłodzimy sobie w lodówce u sąsiada, bo już tu się zaprzyjaźniliśmy’ … I tak powinno być. Jeden sąsiad ma linę i busa, drugi piwo, a trzeci lodówkę. Naprawdę nie trzeba wiele, wystarczy się rozejrzeć i zwyczajnie poprosić lub zaoferować pomoc.

… dziura po naszym zakopanym w błocie kole 😉

Zanim wyjechaliśmy kamperem, kiedy potrzebowaliśmy pomocy woleliśmy wezwać ‚fachowca’ lub kupić potrzebną rzecz czy sprzęt niż chodzić i prosić naszych sąsiadów. To było złe podejście. Zaowocowało kolekcją rzeczy, użytych raz za które przecież musieliśmy zapłacić i znikomymi relacjami z sąsiadami. A przecież wiadomo, że jeśli ja pomogłam Ci dziś, Ty pomożesz mi jutro 😉 no przynajmniej taką mam nadzieję. Za to teraz, w podróży nadrabiamy za te wszystkie lata. Tak naprawdę rozważając co zrobimy w razie … dochodzimy zawsze do jednej konkluzji: znajdziemy kogoś i poprosimy o pomoc. Poprosimy o wodę, o wyciągnięcie nas traktorem z piachu, zapytamy o drogę… pożyczymy coś 😉

W podróży, zwłaszcza na dzikim postoju gdzieś w środku niczego, bardzo ważne jest aby nawiązywać pozytywne relacje z napotkanymi ludźmi. Wystarczy zwykłe, przyjacielskie ‚dzień dobry’ i uśmiech na początek. Reszta sama się potoczy. To taki miły wstęp do dialogu. Och gdybyśmy otrzymywali złotówkę za każdą taką przyjacielską rozmowę w drodze, nie musielibyśmy się martwić o finansowanie naszej Wyprawy 😉

Ale wróćmy do Izbicy i na Kujawy.

Po wyjechaniu z Pola popędziliśmy do Włocławka, a konkretnie pod budynek mojego liceum, gdzie umówiliśmy się z naszym moderatorem znanym Wam jako Daryl Dixon! Daryl już dość długo wspiera nasze działania pomagając nam w moderowaniu czatu na Live i komentując nasze filmiki i wpisy.

Daryl i ja w kamperze! Nareszcie spotkaliśmy się twarzą w twarz! 😉

Oczywiście było przesympatycznie, bo Daryl to tak naprawdę Kazik 😉 Siedzieliśmy sobie w kamperku a wokół nas szalała burza. Gawędziliśmy sobie wesoło, obserwując jak ulica poniżej nas momentalnie zamieniła się w rwący potok.

Dla mnie to było dość ciekawe doświadczenie, siedzieć sobie pod tak ważnym dla mnie budynkiem, w miejscu gdzie można powiedzieć hartowałam swojego ducha na resztę mojej życiowej Podróży. I oto jestem, w dzisiejszym wieku Daryla plus kilkanaście lat, z fajnym mężem i fajnym psem, i żyję sobie dokładnie tak jak chciałam, czyli w kamperku. Poczułam się bardzo szczęśliwa.

O moich latach licealnych opowiem Wam innym razem, teraz kilka słów o naszym Widzu.

Daryl też myśli o kamperowaniu, ale chyba jeszcze nie jest co do tego przekonany. Ha! Nie dziwię się. Jest jeszcze młody i musi troszkę pożyć i doświadczyć tego i owego aby podjąć świadomą decyzję, czy życie w drodze jest dla Niego.

To było dość krótkie spotkanie, ale bardzo miłe. Okazało się, że oboje lubimy Toruń i chętnie spotkalibyśmy się z Darylem na toruńskiej starówce. Rozmawialiśmy o naszej podróży, o pracy i o życiu… ale sporo czasu spędziliśmy wsłuchując się w deszcz uderzający o dach kampera 😉 ciesząc magią chwili.

Tego dnia chcieliśmy jeszcze dojechać do Olsztyna, więc pożegnaliśmy się dość szybko. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

Na odchodne Daryl wcisnął nam do ręki bardzo hojny datek ‚na paliwo’ 😉 To był jeden z najbardziej cennych donejtów, bo oto Daryl dzielił się z nami częścią swoich pierwszych, zarobionych pieniędzy, aby nasza Wyprawa mogła trwać 😉 Strasznie mi było głupio przyjmować tak ciężko zarobione pieniądze, ale Daryl stanowczo powiedział, że takie ma życzenie i koniec.

To było bardzo miłe 😉 Dzięki Daryl!

1 komentarz

  1. Aga Gaj

    Ach to podróżowanie, tyle emocji, wrażeń, spotykanych osób podobnych nam, bo też w drodze. Moje podróże to na razie tylko jedno dniowe wypady ale co do spotykanych w drodze osób mam bardzo podobne doświadczenia. Ciepło wspominam Pana ( biegacza) który wskazał mi skrót jako alternatywę do jazdy po ruchliwej ulicy, jedź za mną ja Ci pokaże drogę, powiedział, a potem okazało się że pobiegł tamtędy specjalnie dla mnie. Innym razem dwoje młodych ludzi którzy pomogli mi przenieść rower przez rzekę. I wiele podobnych sytuacji. Wystarczy uśmiech, przywitanie się i już nawiązuje się nic porozumienia. Mój manager w pracy zapytał mnie kiedyś co zrobię jak coś się stanie z rowerem a będę daleko od domu, poproszę o pomoc, odpowiedziałam. A jak Ci nikt nie pomoże? Jakoś zupełnie nie biorę tego pod uwagę Zawsze znajdzie się jakaś pomocna dłoń. Gdybym myślała tak jak on to nigdy bym się nie ruszyła z domu.
    Cieszę się, że udało się Wam spotkanie z Darylem. Z niecierpliwością czekam na filmik.
    Pozdrawiam i życzę jak najwięcej takich pozytywnych spotkań 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz