Ofiary i ofermy.

Oj dużo wody upłynęło w naszym kempingowym strumieniu od ostatniego wpisu. Jednak w międzyczasie, dodawaliśmy regularnie nowe filmiki, reaktywowaliśmy transmisje live i odwiedziło nas troje naszych widzów, tutaj w Mill Park. Także działo się. Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że tradycja letnich spotkań z widzami, zostanie w tym roku podtrzymana. Na pewno napiszę o wrażeniach z tych spotkań, jednak dziś chcę się z Wami podzielić kilkoma refleksjami na inny temat.

Właściwie to nie pamiętam kiedy w mojej głowie zakiełkował myślotok i zastanawianie się nad postawą którą przyjmują pewni ludzie.

Być może zaczęło się od rowerzysty który uległ wypadkowi na skraju naszego kempingu, już prawie 2 miesiące temu. Ktoś mógłby o nim powiedzieć ‚ofiara wypadku drogowego’. Jednak śledząc losy JP, nie ważyłabym się nazwać go ofiarą. Każdego dnia publikuje informacje o wyzwaniach jakie sobie stawia, jak się motywuje do pracy nad swoim ciałem, aby odzyskać dawną sprawność, jak stara się żyć jak dawniej, pomimo bólu i różnych dolegliwości. Mało tego, ostatnio ogłosił datę swojego pierwszego po wypadku wykładu motywacyjnego. O nie, tego mężczyzny nie można nazwać ofiarą…

I właśnie pochyliwszy się nad słowem ‚ofiara’ zaczęłam myśleć o tym jak używamy tego słowa. Ofiara wypadku drogowego, ofiara przemocy w rodzinie, ofiara kataklizmu, ofiara wojny, ofiara gwałtu, ofiara włamania, ofiara kradzieży, ofiara alkoholizmu, ofiara przemocy, ofiara przestępstwa, ofiara losu… Pomyślałam też o wszystkich osobach które poznałam ucząc ESOL, z których wiele miało dramatyczne doświadczenia, a mimo to z odwagą i radością patrzyły w przyszłość. Te doświadczenia ich nie złamały.

Myślałam też o osobach z niepełnosprawnością, o młodym przebojowym Dawidzie,byłym uczniu, który jeździ na wózku, co tydzień imprezuje w innym mieście, chodzi na siłownię i podrywa dziewczyny na zawadiacko przekręcony kapelusz. Jego też bym nie nazwała ofiarą. Chłopak żyje pełnią życia i chyba chwilami czerpie z niego więcej niż jego pełnosprawni rówieśnicy.

Nie brakuje też przykładów kobiet które doświadczyły przemocy domowej i wykorzystały te destruktywne doświadczenia aby pomagać innym kobietom. Często założycielki fundacji, linii telefonicznych na których można uzyskać wsparcie i przytułków, same przeżyły domowe piekło, i stały się żywym dowodem, że istnieje alternatywa, że można i trzeba się z tego wyrwać.

‚Ofiary’ wypadków, a raczej Ci którzy doświadczyli wypadków, uczą nas że wraz z amputowaną kończyną, nie traci się woli życia i pragnienia samorealizacji. To niewątpliwie ogromna próba charakteru, która zdaje się dowodzić że najcenniejsze jest życie. Czymże jest utrata nogi, lub ręki, jeśli jest to równoznaczne z zachowaniem życia, być albo nie być?

Ostatnio jedna z widzek KazikTV wpadła na niedzielny Live i niemal na jednym wydechu powiedziała, a raczej napisała:

‚ Właśnie wracam ze spływu kajakowego z innymi osobami po amputacji. Pływaliśmy bez protez. Było super! Ponadto, pierwszy raz wyszłam z domu w sukience’…

Dziękuję grupie Aktywne życie po amputacji za udostępnienie zdjęcia.

W tym momencie uświadomiłam sobie, że ta młoda, piękna dziewczyna, która śledzi mój kanał od ponad roku, jest osobą z niepełnosprawnością… I tu dotykamy piękna internetowych znajomości. Możemy odsłonić się na tyle, na ile chcemy.

Tak o spływie pisze Rafał Grężlikowski, założyciel grupy Aktywne życie po amputacji, organizator spływu:

Naszą kolejną grupową inicjatywą był zrealizowany w miniony weekend spływ kajakowy z dwojgiem noclegów pod namiotami. 

autor: Aktywne życie po amputacji.

Wystarczyło poinformować właściciela kajaków że po zawiezieniu nas na start spływu, czeka go wyjątkowa przygoda. Bowiem będzie miał do zabrania co najmniej kilka nóg, które dostarczy nam ponownie u celu  
Przygoda rozpoczęła się w centrum Warszawy, gdzie pierwsi uczestnicy podziwiali stolicę z 28 piętra Pałacu Kultury i Nauki. W miarę docierania kolejnych osób zmieniały się również scenerie na bardziej sielskie, przesycone przygodą. 

autor: Aktywne życie po amputacji.

 

Spływ kajakowy trwał dwa dni, jednak była to okazja aby poznać i pobyć w obecności innych ‚kosmitów’, jak się sama nasza Widzka wyraziła i podążać za przykładem innych, którzy nie godzą się aby amputacja, była dla nich wyrokiem. Podejrzewam że kilka dni i kilka wykorzystanych okazji aby wyjść ze swojej strefy komfortu, przy wsparciu życzliwych ludzi, było najlepszą możliwą terapią. Nic nie motywuje do działania tak skutecznie, jak dobry przykład.

Wątek tego wyjątkowego spływu, zamknę kolejnym cytatem Rafała:

W spływie kajakowym wzięły udział osoby z jedno bądź obustronnymi amputacjami nóg na różnych wysokościach. Choć tak naprawdę mogły uczestniczyć również osoby bez rąk – ponieważ kajaki były dwuosobowe a tempo całkowicie dowolne  

UDOSTĘPNIAJMY TĘ NASZĄ RADOŚĆ ABY DOCIERAĆ DO KOLEJNYCH OSÓB PO AMPUTACJACH I WCIĄGAĆ JE W RÓWNIE AKTYWNE FORMY SPĘDZANIA WOLNYCH CHWIL.

Kolejną grupą z którą miałam do czynienia są rodzice dzieci, które borykają się z chorobami. Niedawno Aga opowiadała nam o nastoletnim chłopaku ze spektrum autyzmu, który odważnie mówi o tym, że ma pewne specyficzne potrzeby i czasami potrzebuje pomocy, że pewne rzeczy przychodzą mu z trudnością, jednak nie jest to powód aby rezygnować z podróżowania, zawierania nowych znajomości, podejmowania nauki i pracy i robienia tego wszystkiego co składa się na ‚normalne’ życie. Jest to niewątpliwa zasługa jego rodziców, którzy wychowali go w duchu akceptowania siebie i swoich ograniczeń, jednocześnie nie używając ich jako wymówki do bycia zwolnionym z odpowiedzialności za swoje życie i rozwój.

Po drugiej stronie ekstremum, znajdują się rodzice, którzy zdają się jeszcze powiększać negatywny wpływ choroby dziecka, przesadnie chroniąc i izolując swoje dzieci przed światem i jego zagrożeniami. Egzystują od wizyty do wizyty, od szpitala do przychodni, od konsultacji do konsultacji, zapominając że mają przed sobą, przed wszystkim dziecko, a dopiero później pacjenta. Zdarzyło mi się poznać chłopca, który miał imponującą historię medyczną. Przed spotkaniem jego mama roztoczyła przede mną pełną gamę ograniczeń i nietypowych zachowań swojego syna, ostrzegała przed każdą możliwą wpadką… Nasze spotkanie było krótkie i gdybym o tym wszystkim nie wiedziała, nigdy nie pomyślałabym, że stoi przede mną chłopiec w jakikolwiek sposób różniący się od swoich rówieśników. Chyba tego najbardziej pragną schorowane dzieci, żeby od czasu do czasu poczuć się ‚normalnie’. Pobawić się, pobroić a nawet powiedzieć coś nie na miejscu, jak wszystkie inne dzieci.

Jak może zakończyć się wychowywanie dziecka z wyzwaniami pod szczelnym kloszem? O ile mogą sobie pozwolić fizycznie i emocjonalnie na samodzielne życie, szybko wyfruwają spod nadopiekuńczych skrzydeł ‚aby wreszcie stać się sobą’, aby przekonać się jak potraktują ich ludzie, którzy nie wiedzą o ich chorobach, operacjach i wypadkach. Aby poznać ludzi którzy przede wszystkim skupią się na ich osobowości, a nie na chorobie.

Sama nie mam dzieci, ale przez lata popełniałam podobny błąd w stosunku do naszego psa… Całkiem niepotrzebnie ostrzegałam wszystkich których miał poznać, że jest taki biedny, skrzywdzony i nieufny… Na samym początku rzeczywiście był bardzo zastraszony, jednak szybko zaczął wprawiać nas w osłupienie, łasząc się do nowo poznanych ludzi i bawiąc jak ‚normalny’ pies. Podobnie z unikaniem kontaktu z innymi psami. Dopiero w Mill Park, Diesel miał szansę zrozumieć że inne psy nie są zagrożeniem. Jednak musieliśmy mu na to pozwolić, a nie w popłochu zmieniać kierunek kiedy tylko na horyzoncie pojawił się inny czworonóg.

Ciekawa jest też sytuacja współmałżonków alkoholików… Wiecie, że często jest tak, że to oni wymagają pilniejszej pomocy psychologicznej niż sami uzależnieni? Uwikłani w współuzależnienie, najczęściej nie zdają sobie nawet sprawy jak bardzo dostosowali swoje zachowanie i reakcje do aktywności i nastrojów alkoholika, mało tego często swoją uległą postawą stwarzają osobie pijącej ‚komfort picia’. Po kolejnej libacji posprzątają puste butelki, podsuną czyste ubranie, zadzwonią do pracy, aby usprawiedliwić skacowanego delikwenta. Skrupulatnie utrzymują problem w tajemnicy, nierzadko wplątując do tego własne dzieci. Sam fakt życia w takim układzie i godzenia się na takie traktowanie, świadczy o zaburzonym poczuciu własnej wartości i potrzebie terapii.

I taka osoba bardzo łatwo może wejść w rolę ofiary… obwiniać partnera o całe zło, jednak paradoksalnie może być częścią problemu.

Tu dochodzimy do sedna. Mocno kombinowałam jak to wszystko pogodzić. Dlaczego z dwóch osób które doświadczyły czegoś strasznego, jedna kuli się w sobie i oczekuje że wszyscy będą się nad nią litować, a druga z podniesionym czołem, kontynuuje swoje życie, zakłada społeczność, lub fundację i nie wykazuje postawy roszczeniowej. I doszłam do wniosku, że człowiek zawsze ma wybór. Niezależnie od doświadczeń, wchodzenie w rolę ofiary, jest kwestią wyboru.

Bycie ofiarą jest bardzo dogodne, ponieważ zwalnia z odpowiedzialności.

Można do woli obwiniać wypadek, chorobę, partnera lub rodziców… można obwiniać coś, lub kogoś, tłumacząc tym swój podły los i ograniczenia jakich doświadczamy. I nie trzeba nic robić. Mało tego, niech wszyscy chodzą wokół nas na palcach i nam współczują… Niech nas wyręczają, w końcu jesteśmy tacy biedni, że nam się NALEŻY!

Swoją drogą, nie trzeba wcale chorób, wypadków lub uzależnień, aby wybierać rolę ofiary. Znam sporo osób całkowicie zdrowych, dobrze sytuowanych i wykształconych, które też chętnie wyolbrzymiają swoje problemy i oczekują traktowania w miękkich rękawiczkach współczucia.

Zapewne domyślacie się, że szkoda mi na takich czasu i że absolutnie nie posiadam w swojej kamperowej szafce takich rękawiczek. Szkoda mi czasu i energii na ludzi, którzy sami nie chcą sobie pomóc.Ktoś może mnie posądzić o egoizm? Możliwe, bardzo proszę. Jednak ja biorę odpowiedzialność za siebie i za to jak wygląda moje życie i nie oczekuję, że ktokolwiek rozwiąże moje problemy. I powiem Wam że zajmowaniem się moim własnym samopoczuciem i życiem, wypełnia dość szczelnie mój grafik.

Ponadto nie żyjemy w średniowieczu moi drodzy.

Cokolwiek Ci się przytrafiło nie jesteś jedyny. Nie jesteś jedyną osobą, która doświadczyła lub doświadcza choroby, wypadku, przemocy lub straty. I tutaj pojawia się możliwość wyjścia z impasu. Jeżeli nie pomoże Ci lekarz lub terapeuta, czy instytucja charytatywna zawsze możesz dotrzeć do ludzi z podobnymi doświadczeniami, i miejmy nadzieję przekonać się, że nie jesteś sam i że istnieje życie, po tym cokolwiek Cię spotkało. Co by to nie było, ktoś to przeżył. I na pewno znajdziesz ludzi, którzy wyszli z tego zwycięsko. Dlaczego? Ponieważ, jeżeli chcieli żyć, po prostu nie mieli wyboru.

Możliwe, że niektórzy nie chcieli żyć, co też jest wyborem, ale tymi się nie martw, bo do nich nie dotrzesz :D:D:D Raczej nie ma ich na FB…

Moja śmiała teza, że bycie ofiarą, to kwestia wyboru, znajduje potwierdzenie w tekście dr Aleksandry Hulewskiej – ‚Pozycja ofiary‚. Szczególnie rozbawiły mnie tam dwie bardzo celne obserwacje: gra ‚Tak… ale’ i osoby ‚odwiedzające’ gabinety terapeutyczne:

Ofiara pacyfikuje każdą próbę udzielenia jej pomocy. Realizuje to poprzez – mniej bądź bardziej świadomą – psychologiczną grę w „Tak, ale”. „Może to i dobre rozwiązanie, ale ja nie mam już na nie siły”. „Parę lat temu to miałoby sens, ale dziś jestem już za stary”. „To byłoby skuteczne, ale nie dla kogoś w mojej sytuacji” – z tego rodzaju argumentacją zderzy się każdy, kto spróbuje zmobilizować ofiarę do działania.

Brzmi znajomo?

I jeszcze jedna perełka… Odwiedzający.

Klienci w pozycji ofiary są w niektórych podejściach psychoterapeutycznych nazywani „odwiedzającymi”. Takie osoby nie przychodzą do terapeuty, by popracować nad sobą i coś zmienić. One odwiedzają specjalistę po to, by ponarzekać, pograć w „tak, ale”, a finalnie – stwierdzić, że „skoro nawet terapeuta nie dał rady, to musi być już naprawdę tragicznie”. 

Także reasumując… Zachęcam Was do zadania sobie kilku pytań i przeanalizowania swojego podejścia do życia i wybadania, czy czasem nie weszliście w rolę ofiary (UWAGA! grozi to radykalnymi zmianami i wybiciem swojego osobistego szklanego sufitu, dopłynięciem łodzią do granicy swojego świata, jak to zrobił Truman Burbank, w filmie Truman Show… grozi to opuszczeniem swojej strefy komfortu!)

Co do mnie, to odcinam się od ofiar z wyboru, które powoli, acz konsekwentnie wysysają ze mnie życiową energię, wiarę w ludzi i chęć robienia czegokolwiek.

 

 

 

11 komentarzy

  1. Ania

    Świetny wpis. Ja także uważam, że nie warto marnować swojego czasu, energii i radości aby poprawiać humor ludziom dookoła ( tak to w skrócie ujmę 😛 ). Masz swoje życie, swoje rozterki i problemy. Nie potrzebujesz natłoku dodatkowych informacji. To strasznie męczy i sprawia, że przestajemy myśleć o swoich sprawach.
    Egoizm jest czasami potrzebny, szczególnie wtedy, gdy jakiś osobnik chcąc poprawić sobie nastrój zaburza Twój wewnętrzny spokój.

    A poza tym, bardzo lubię ten fragment:

    „[…]powoli, acz konsekwentnie wysysają ze mnie życiową energię, wiarę w ludzi i chęć robienia czegokolwiek.”

    Święta prawda, Kasiu.

    Pozdrowionka!

    Odpowiedz
    • Kazik.TV

      Odważna Aniu, dziękuję Ci za to że napisałaś 🙂 Już sporo osób udostępniło ten tekst, ale przed Tobą nikt się nie odważył odnieść do tematu.

      Odpowiedz
      • Voytek

        A mnie się czasem wydaje, że w życiu jest jak w tej właśnie piosence: „Masz to, na co godzisz się”.
        Już jest to chyba tak poukładane, że jedni są zaprogramowanymi ofiarami i nie da się tego zmienić żadną siłą. Czasem bywa, że celowo nie chcą zmian. Tak im pasuje…(?)
        A może bycie ofiarą (czasem ofiarą losu) to gen, albo cecha charakteru?
        Nie wiem…
        Zacząłem piosenką i piosenką skończę, bo przecież:
        „Nie zmienię świata, nie zmienię.
        Nie mam żadnych złudzeń.
        To nie uda się nikomu.
        Choć rewolucje są dla ludzi”.
        P.S. Coś mi to chyba zbyt filozoficznie wyszło, to pewnie przez tę późną porę 🙂
        Pozdrawiam

        Odpowiedz
        • Kazik.TV

          Dziękuję za głos!!! Bardzo lubię pierwszą zacytowaną piosenkę i myślę że rzeczywiście tak jest. ‚Masz to na co godzisz się’. Jeśli się nie godzisz, nie akceptujesz, to zaczynasz po prostu walczyć i zmieniać 🙂 Brak sprzeciwu jest akceptacją. Przypomina mi to moje stare zebrania w pracy… huhuhuhu Jak dobrze że to już za mną. Co do wrodzonych predyspozycji do wybierania roli ofiary, możliwe. Pytanie w jakim stopniu wrodzone predyspozycje decydują o tym kim jestem?

          Odpowiedz
        • Kazik.TV

          Ooo i jeszcze jedno, nie ma tu u nas ‚zbyt’ … jakkolwiek 🙂 Piszesz jak myślisz, jak czujesz i dziękuję Ci za to że się z nami dzielisz swoimi spostrzeżeniami :-)))

          Odpowiedz
  2. Agnieszka Gajewska

    Tak to prawda. Czasami nawet nie zdajemy sobie sprawy jaki wpływ na nas i na podejmowane przez nas decyzje mają ludzie ktorymi się otaczamy, z ktorymi rozmawiamy, ktorych rad słuchamy. Dosłownie, tak jak piszesz Kasiu, wysysają z nas całą energie. A wystarczy czasami nawet jedno spotkanie z kims przy kim nasze ograniczenia pryskaja jak banka mydlana i odkrywamy w sobie takie poklady energii że zaskakujemy nawet samego siebie. Życzę wszystkim takich pozytywnych spotkan i dziękuję Kasiu za ten wpis a Tobie Patrycjo za to, że podzieliłas się z nami swoją historią. Pozdrawiam serdecznie wszystkich Kazików 🙂

    Odpowiedz
    • Kazik.TV

      Oooo jak pięknie to ujęłaś Aga:

      ‚Wystarczy czasami nawet jedno spotkanie z kims przy kim nasze ograniczenia pryskaja jak banka mydlana i odkrywamy w sobie takie poklady energii że zaskakujemy nawet samego siebie’
      🙂
      🙂 🙂 🙂
      🙂 🙂 🙂 🙂

      Czasami inni uwierzą w nas, zanim sami do tego dojrzejemy 🙂 Chiba właśnie czegoś takiego doświadczyła nasza Patrycja. Ciekawe czy tu zajrzy i się do nas odezwie.

      Pozdrawiam Cię serdecznie Aga. Może dasz się namówić na opublikowanie tutaj gościnnego wpisu?
      🙂
      Dziękuję Ci za to że czytasz i komentujesz mój każdy wpis. Dla mnie to też jest za każdym razem takie budujące Spotkanie 🙂

      Odpowiedz
  3. Halina

    Przeczytane jednym tchem. Świetny tekst. Myślę ,że dotyczy bardzo dużo ludzi i dużo osób się z nim identyfikuje. Uświadomiłaś mi właśnie, że w ciągu ostatniego półrocza powoli stawałam częścią życia z ofiarą i teraz muszę zrobić coś, żeby zostawić to za sobą. Uśmiech na 4 na twarz i dalej w drogę….

    Odpowiedz
    • Kazik.TV

      Mnie co i rusz atakują takie ofiary z wyboru i kilka osób naprawdę dało mi ostro do wiwatu… i nauczyło mnie że to nie ja ponoszę odpowiedzialność za ich … decyzje, za to co robią ich dzieci (taaak!), za ich porażki, za zawody i generalnie za WSZYSTKO na co się GODZĄ jak to celnie zacytował Voytek 😉 No… jak najbardziej, uśmiech na twarz i dalej w drogę 😉

      Odpowiedz

Dodaj komentarz