Looe Music Festival i Wherever I hang …

Cześć Kazie i Kaziczki,

Looe Music Festival odbył się w zeszły weekend a to znaczy, że lato już oficjalnie się skończyło. Jak było na festivalu? W Piątek było bardzo cicho i dość zimno. Rzuciliśmy się na głęboką wodę i zrobiliśmy naszą pierwszą transmisję na żywo, z bardzo zatłoczonego miejsca. Większość ludzi odnosiła się do nas z sympatią, ale dopiero po fakcie uświadomiliśmy sobie skalę tego wyzwania i niezbędnych przygotowań które jakoś nam umknęły 😀

Transmisja na żywo z publicznego miejsca to wyższa półka kochani. Trzeba przewidzieć wiele rzeczy i radzić sobie z niespodziankami, na przykład z pijanym piratem który nazwał nas paparazzi i wybitnie nie chciał się z nami bawić 😀 Nie mieliśmy pozwolenia na filmowanie w żadnym z lokali, nie mówiąc o scenach. Poszliśmy na totalny żywioł w zatłoczone uliczki Looe 😀 😀 😀

W niedzielę było już nieco lepiej. Przede wszystkim o wiele cieplej i przyjemniej. Nie narzuciliśmy sobie żadnych planów produkcyjnych i po prostu mogliśmy wmieszać się w tłum i zabawić 😉 Oczywiście najlepsze koncerty odbywały się w małych pubach, które wręcz pękały w szwach. Do wielu nie dało się nawet wejść. Idąc przez Looe, na każdym rogu ulicy można było usłyszeć inną muzykę. Dla każdego coś dobrego. Najwięcej coverów Pink Floyd!

Na festiwalu spotkaliśmy się z naszym dobrym przyjacielem Harrym, który oglądał z nami finałowe fajerwerki. I powiem Wam że bardzo utkwiły mi w pamięci Jego słowa apropos tego czy Looe jest naszym podwórkiem, czy nie. Możecie posłuchać szczegółów w zapisie Live.

I ta rozmowa przypomniała mi pewien wiersz, autorstwa Grace Nichols, poetki rodem z Gujany, która w wieku 17 lat wyemigrowała do Wielkiej Brytanii. Był to rok 1977. Z tego wiersza nie nauczycie się Standard English, bo mamy tu do czynienia z Creole English, czyli z takim niestandardowym (ale nie gorszym!) angielskim używanym przez mieszkańców Brytyjskich kolonii, w tym wypadku Karaibskiej Gujany. Grace napisała wiersz w swoim rodzimym angielskim:

Wherever I Hang

I leave me people, me land, me home
For reasons I not too sure
I forsake de sun
And de humming-bird splendour
Had big rats in de floorboard
So I pick up me new-world-self
And come to this place call England
At first I feeling like I in a dream –
De misty greyness
I touching the walls to see if they real
They solid to de seam
And de people pouring from de underground system
Like beans
And when I look up to de sky
I see Lord Nelson high – too high to lie.
And is so I sending home photos of myself
Among de pigeons and de snow
And is so I warding off de cold
And is so, little by little
I begin to change my calypso ways
Never visiting nobody
Before giving them clear warning
And waiting me turn in queue
Now, after all this time
I get accustom to de English life
But I still miss back-home side
To tell you de truth
I don’t know really where I belaang
Yes, divided to de ocean
Divided to de bone
Wherever I hang me knickers – that’s my home.

Ten wiersz utkwił mi w pamięci, ponieważ w podobnym wieku przyjechałam do UK, z dosłownie jednym plecakiem. Też stworzyłam sobie ‚me new-world-self’ i też nauczyłam się stania w kolejce i zapowiadania swoich wizyt, wręcz ostrzegania jak napisała Grace. Dopiero w Liskeard osiedliśmy z Markiem na dłużej, wcześniej przeprowadzaliśmy się średnio co dwa lata. I podpisuję się obiema rękoma pod ostatnią linijką:

Wherever I hang me knickers – that’s my home 😉

Czyż nie zabawne jest to że po kilku latach mieszkania w jednym miejscu zamarzyliśmy aby nasz dom był domem na kółkach? 😉 Kiedy będziemy w podróży słowo ‚dom’ po raz kolejny nabierze dla nas nowego znaczenia. Nasz dom zabierzemy ze sobą. Dom to tam gdzie jest Marek i Diesel. A no i gdzie suszy się majtki 😉

Będzie dobrze. Przecież ludzie z natury są nomadami.

 

Dodaj komentarz