London calling – z wizytą w konsulacie RP w „Lądynie”.

Nie ma takiego miasta Londyn, jest Lądek, Lądek Zdrój… i tego powinniśmy się trzymać!

Ostatniego lata w Polsce postanowiliśmy pojechać po bandzie i zamiast jak zwykle spędzać urlop w urzędach i gabinetach lekarskich zaszyliśmy się w Warmińskiej Ciszy. Urlop był przedni, jednak sprawy urzędowe nas dopadły…

Paszport Marka stracił ważność kilka miesięcy temu, a panieńskie nazwisko w moim paszporcie straciło ważność kilka lat temu. Musieliśmy stanąć oko w oko z problemem i podjąć Kazikową decyzję: jedziemy do Londynu aby złożyć wnioski o nowe paszporty w ambasadzie RP.

Nie paliliśmy się do podróży z kilku powodów:

  • konsulat znajduje się w Londynie …
  • znajduje się w Londynie …
  • Londynie!!!!!!

Odległość z Londynu do Kornwalii jest głęboko symboliczna. To nie tylko kilometry autostrady, to lata świetlne jeśli chodzi o styl życia.

Jednak jak mówiłam wcześniej, stwierdziliśmy ‚must be done’ i dziś odbyliśmy podróż autem tam i z powrotem.

Dzień zaczął się, a właściwie miał się zacząć o godzinie 5 rano. Tak by było, gdybym po wyłączeniu alarmu  nie przymknęła oka na chwilkę, która okazała się trwać 40 minut! Mąż nie był zachwycony…

O 6.30 rano byliśmy na szczycie Kit Hill, gdzie spotkaliśmy się z przyjaciółką która zgodziła się zaopiekować naszym psem.   O ile pies wesoło poszedł z nią na spacer, my z ciężkim sercem wsiedliśmy do auta, starając się nie oglądać w jego stronę.

Ruszyliśmy w drogę. Start był nieco spóźniony, wychodziliśmy w pośpiechu. Kilka niezbędnych rzeczy takich jak mapa drogowa, plan Londynu i karta pamięci do aparatu nie wybiegły za nami do auta i bezczelnie zostały w domu!

Polegaliśmy na nawigacji GPS… Jechaliśmy… jechaliśmy… zrobiło się widno… jechaliśmy…

Nagle miasto zaczęło wokół nas gęstnieć i zorientowaliśmy się, że to już TO! Naszym planem i poleceniem dla nawigacji był dojazd do okolic Greenwich – gdzie mieliśmy zaparkować auto u znajomych i przesiąść się na pociąg do centrum miasta.

centrum

Okolica wydawała się nam nieznajoma, ale jechaliśmy za wskazaniami GPS. Kiedy pojawiły się ostrzeżenia o opłatach za wjazd do centrum byliśmy pewni, że jesteśmy stanowczo za blisko centrum!!!!!!!!!!!!!!!!!

cong

W panice zawróciliśmy i wjechaliśmy na pierwszy najbliższy parking, który okazał się parkingiem Harrods’a, jednego z najdroższych sklepów w UK, gdzie godzina parkingu kosztowała symboliczne 20 funtów! Nasze leciwe auto zwróciło uwagę parkingowych, którzy nawykli parkować Porszaki.

harrods

Na pełnym gazie zawróciliśmy zanim ktokolwiek zdołał do nas podejść by odebrać kluczyki. Właściwie to nie wiedzieliśmy co dalej. Ruch był coraz większy, minuty mijały nie ubłagalnie, czasu do umówionej wizyty było coraz mniej.

I w takich oto nastrojach, niesamowitym zrządzeniem losu,  w środku miasta natrafiliśmy na posiadłość National Trust – ogród z zabytkowym domem – Chiswick House gdzie mogliśmy zostawić auto i biec w poszukiwaniu najbliższego przystanku autobusowego lub jeszcze lepiej stacji metra.

chiswick-house-hero

Tak zaczął się nasz wyścig z czasem. Mieliśmy jakieś dwie godziny i sytuacja przedstawiała się dość nieciekawie. Jednak z pomocą przechodniów, kierowcy autobusu i dwóch sklepikarzy dotarliśmy na miejsce i to przed czasem.

W konsulacie było całkiem sympatycznie. Po rutynowej kontroli przez ochronę i prześwietleniu mojego plecaka zombie, zarekwirowano nam nożyk do papieru w kształcie sówki i już mogliśmy wejść. Pobraliśmy numerek, z optymizmem wypełniliśmy wnioski i czekaliśmy na swoją kolej. Ponad godzinę aby być ścisłym.

I właśnie wtedy pani w okienku zapytała, czy mamy dwa numerki, skoro jest nas dwoje … nie mieliśmy, ale nasze uśmiechy wystarczyły. Jednak to, że próbowałam wykorzystać moje poprzednie zdjęcie paszportowe już nie przeszło. Z anielskim uśmiechem pani wskazała pobliski zakład fotograficzny i zaznaczyła, że poczeka i że została uziemiona, bo przyjęła mój wniosek. Koniec końców udało się i ubożsi o sporą kwotę wyszliśmy z konsulatu. Yeaaah!

Potem były dwie minuty zwiedzania i powrót do auta.

W drodze powrotnej wychwalaliśmy nieudolność naszej nawigacji, która jak okazało się poprowadziła nas całkiem sprytnie omijając piekielną obwodnicę stolicy – M25. Co oznaczało, że po południu kiedy wszyscy stali w korkach próbując się dostać lub zjechać z piekielnej trasy my pomknęliśmy przed siebie.

powrot

Udało nam się wrócić bez przygód, odebrać nieco obrażonego  pieska i nawet napisać tego posta więc czas najwyższy na odpoczynek!

Dodaj komentarz