Kamperem przez Niemcy: Bautzen i Altenburg.

Kazie i Kaziczki,

Wracamy na trasę!

Z Niechanowa pojechaliśmy w stronę Poznania, aby wjechać na autostradę, która miała nas doprowadzić do Świecka i granicy z Niemcami. Na stacji benzynowej w Niechanowie posprzątaliśmy kampera, zatankowaliśmy paliwo i uzupełniliśmy wodę. Przy okazji tych porządków zyskaliśmy dwóch młodych subskrybentów, którzy tuż obok nas sprawdzali ciśnienie w oponach swoich skuterów.

Przekroczyliśmy granicę bez większych emocji i chyba nasz wybór trasy wyjaśni Wam dlaczego. Kierowaliśmy się na południe i właściwie przez wiele kilometrów jechaliśmy wzdłuż polsko-niemieckiej granicy, co chwila mijając drogowskazy na polskie miasta. Serce chciało jechać po polskiej stronie, ale rozum podpowiadał, że to po stronie niemieckiej drogi są lepsze, mamy dwa pasy, nikt nas nie wyprzedza stawiając nas przed wyborem: zjazd na pobocze, na którym mogą być piesi lub rowerzyści lub czołówka…

Ponadto czuliśmy, że w Polsce przeżyliśmy to o czym marzyliśmy, a nawet więcej i że czas na zmianę otoczenia.

Kierowaliśmy się na miasto Bautzen – Budśyn – Budziszyn, niemal na pograniczu Niemiec, Czech i Polski. Te trzy nazwy sugerują, że w swej wieloletniej historii miasto przechodziło z rąk do rąk władców tych trzech krajów. Ze szkolnych lekcji historii kojarzyło mi się hasło ‚pokój w Budziszynie’, jednak dopiero wujek Google podpowiedział, że było to przypieczętowanie wielkiego zwycięstwo Bolesława Chrobrego, który w 1018 roku (tak, tak tysiąc lat temu), wywalczył dla kształtującej się Polski Milsko, Miśnię i Łużyce z rzeczonym Budziszynem. Jednak wpływy czeskie są tam dziś silniejsze niż polskie, i to język czeski widnieje na dwujęzycznych drogowskazach i tablicach informacyjnych. Swoją drogą ten czeski nas uratował, bo był dla nas bardziej zrozumiały niż niemiecki, mimo wieloletniego CHODZENIA na lekcje niemieckiego w polskich szkołach.

Dlaczego wybraliśmy Bautzen? Postanowiliśmy sprawdzić miejscówkę poleconą przez Kamila z kanału KikiŚwiat, który kilka miesięcy temu był tam ze swoją rodziną w czasie wyprawy z przyczepą kempingową. Kiki zatrzymał się na jakimś darmowym parkingu w okolicy jeziora, jednak my dotarliśmy przed bramy kempingu na którym także zatrzymał się Kiki.

Oj miły to był czas. Kemping był taki jaki powinien być w kraju gdzie ordung must seihn… i można było dojść z niego nad jezioro. Większość ludzi wypoczywa na kempingu, jednak kiedy my odwiedzamy takie miejsce na jedną noc, oznacza to porządki, pranie, sprzątanie i tak dalej. W takich miejscach, kiedy już płacimy za postój staramy się jak najbardziej wykorzystać dostęp do wody, prądu i pralki.

Nad jeziorem zrobiliśmy dla Was transmisję na żywo i to tam był prysznic dla psów! Tyle pamiętam z okolic Bautzen. Aaaa i byliśmy jeszcze na zakupach. Szukaliśmy sklepu spożywczego i widząc supermarket z reklamą piwa, pewnie ruszyliśmy w jego stronę… po to tylko aby odkryć, że jest to supermarket oferujący tylko i wyłącznie napoje! To właśnie tam widzieliśmy automaty do recyklingu plastikowych butelek. Widzieliśmy podobne w Holandii, jednak Sebastian wytłumaczył nam wtedy, że należy się zarejestrować aby ich używać i że trzeba się pilnować aby nie wrzucać rzeczy których zrecyklingować się nie da. W Holandii automaty pobierały plastik, papier i puszki o ile dobrze pamiętam. W Niemczech wrzuca się tylko plastikowe butelki. Nie wiemy jeszcze jak to działa i czy na przykład przysklepowy automat przyjmie tylko butelki po napojach kupionych w tym konkretnym sklepie? Przekonamy się przy najbliższej okazji i na pewno to dla Was z filmujemy.

Pamiętam że z kempingu wyjeżdżaliśmy dość pośpiesznie, obawiając się aby nie płacić za kolejną dobę, robiło się coraz goręcej i koniec końców, nie zwiedziliśmy historycznego Budziszyna.

Byłam trochę rozczarowana, acz nie na tyle aby za zaspokojenie moje turystycznej ciekawości miał płacić nasz pies, pozostawiony w kamperze w taką pogodę.

Nie oglądając się za siebie, ruszyliśmy w stronę miasta Alteburg, gdzie Marek już upatrzył dla nas wohnmobilstellplatze, niemalże w centrum historycznego miasteczka. Pomyślałam, że tam będzie okazja aby się poturystycznić.

Na miejsce dojechaliśmy około godziny 16 i solennie obiecaliśmy sobie, że będziemy unikać jazdy w godzinach południowych, zwłaszcza kiedy kierujemy się na południe i front naszego kampera zamienia się w szklarnię! I że 16 to zbyt późno na dojazd do nowego miejsca. Tego dnia nie było już mowy o filmowaniu okolicy, bo byliśmy zbyt zmęczeni.

Jednak nadrobiliśmy następnego ranka, ruszając na spacer z Dyziem grubo przed 7 rano! Nasz parking znajdował się niemalże w pięknym parku z dość pokaźnym jak na miasto jeziorem. Obeszliśmy je sobie z Dyziem dookoła po czym zostawiliśmy go w kamperze, a sami ruszyliśmy w stronę altstadt – starego miasta.

Miasto było rzeczywiście urokliwe i przypominało te które widujemy na fotografiach na puszkach herbatników. Kiedy doszliśmy do centrum okazało się, że akurat jest dzień targowy. Główny plac wypełnił się straganami i vanami sprzedającymi niemalże wszystko… Najwięcej było regionalnych produktów spożywczych, wędlin, serów i rękodzieła. Pięknie to wszystko wyglądało i atmosfera zachęcała aby przysiąść w jednym z lokali i po prostu to wszystko poobserwować. Jednak kochani, zanim zaczniecie marzyć o niemieckim targowisku, uwierzcie mi, że podobne doświadczenia możecie przeżyć w Legnicy, której starówka w niczym nie ustępuje tej z Altenburga a niedzielny rynek jest równie wspaniały.

Największą przygodą jaką przeżyliśmy w Altenburgu było wysyłanie pocztówek naszym Patronom z Patronite. To nie była prosta sprawa. Pocztówki to niestety relikt przeszłości. Znalezienie miejsca gdzie można je kupić, a potem poczty… poproszenie o znaczek… i to wszystko z bardzo znikomym niemieckim okazało się dość trudne, ale daliśmy radę. Mimo że kiedy otworzyły się przed nami drzwi poczty znaleźliśmy się w supermarkecie, z pocztowym okienkiem wciśniętym gdzieś w rogu [;

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w lokalu który miał szybkie wifi i był oblegany przez miejscowych. Okazało się że jest to smażalnia ryb, nieco większa niż ta w Kikole. Początkowo zamówiliśmy tylko po piwie, jednak zapachy zrobiły swoje i wzięliśmy jeszcze jedną porcję ryby z frytkami, która była o wiele smaczniejsza niż fish and chips w UK. Do tego podano coś a la majonez i sos tatarski, niemieckie remoulade … bardzo to smaczne. Mam nadzieję, że kupimy sobie butelkę tego sosu zanim wyjedziemy z Niemiec, bo ciągle przypominamy sobie o remoulade już po wyjściu ze sklepu.

Swoją drogą, widziałam ostatnio jak Sandra która fazuje z Panem Fazowskim, chwaliła się że w podróży zrzuciła 17kg… ha ha ha! No ale ona podróżuje stopem i tyle właśnie waży jej plecak. Ja mam tu kuchenkę, kanapę, grilla… lubię miejscowe wino, w Polsce niemal codziennie kupowałam drożdżówki, przebojem był świeży chleb z masłem… kiedy trzeba wrzucić filmik idziemy do jakiegoś lokalu, gdzie dla niepoznaki zamawiamy piwo… co rusz robię jakieś słodkie dżemy… matę do ćwiczeń rozwijam rzadziej niż planowałam… ale na szczęście oprócz dżinsów mam dwie pary getrów, a getry Ci wszystko wybaczą!!!

Reasumując nie mamy wagi, ale sądząc po ubraniach, nie urosłam zbyt dużo co już jest sukcesem, zważywszy że nie chodzimy do pracy i mamy więcej ‚wolnego’ czasu. Dlaczego ‚wolnego’ ujęłam w cudzysłów? Bo jakoś tak cały czas jest coś do zrobienia i naprawdę niewiele jest chwil błogiego spokoju i nicnierobienia… No ja przepraszam wszystkich którzy chodzą do szkoły i pracy, prowadzą domy i wychowują dzieci… ale tak to wygląda w praktyce.

Dzień zaczynamy od spaceru z Dieslem, potem śniadanie, potem zmywanie, sprzątanie kampera, zwiedzanie okolicy, uprawianie naszego internetowego poletka czyli odpowiadanie na Wasze wiadomości i komentarze, planowanie i kręcenie filmików, szukanie wifi, wody… wyszukiwanie kolejnego miejsca na nocleg, powolna jazda kamperem, gotowanie obiadu, zmywanie, kolejny spacer z psem, pisanie wpisów na stronę, ryuały spa, mniej lub bardziej spartańskie, pranie- znowu mniej lub bardziej spartańsko, zakupy, dolewanie i opróżnianie wody, wieczorny spacer z psem… I tak nam mija dzień za dniem.
Podobnie jak siostrom Atkins, które marzyły o tym co zrobią z tonami wolnego czasu kiedy już zamieszkają na swojej wyspie, zwykłe,codzienne życie w kamperze pochłania sporo naszego czasu i energii 😉

Jednak nie czuję się zmęczona. Żyjemy intensywnie, ale dokładnie tak jak chcemy i to daje mi wiele satysfakcji i zadowolenia.

Jednak lata odwiedzania Polski tylko na kilka tygodni urlopu, zrobiły swoje i muszę pilnować się aby nie dopuszczać do siebie myśli, że oto wracamy do UK i już za chwilę spadnę z mojej chmurki marzeń na twardy bruk tak oklepanej ‚szarej rzeczywistości’… Jak to ostatnio sugerował nasz kolega. Zapytał co dalej i czy czeka nas powrót do szarej rzeczywistości. W tamtym momencie uświadomiłam sobie, że nam to nie grozi. Zwolniliśmy się z pracy, a w naszym domu mieszka ktoś inny… Jeśli praca, to nowa, i tylko na miesiąc, bo chcemy dojechać do Hiszpanii zanim drogi pokryją się gołoledzią, jeśli mieszkanie to w kamperze… Nie wiem jaka będzie ta rzeczywistość, ale na pewno nie będzie szara!

Jednak czas pokaże jak rozwinie się nasza przygoda, bo oto wielkimi krokami zbliża się dzień przeglądu technicznego naszego Talbota [; Co z tego wyniknie? Czy nasz poczciwy staruszek oszuka przeznaczenie i zdołamy dla niego wywalczyć kolejny rok na drodze? Czy w ogóle uda nam się dojechać do UK i ten przegląd zrobić? Jakie konsekwencje techniczne będzie miała ta szalona eskapada?



Jak widzicie, lepiej za dużo o tym nie myśleć i nie uprzedzać faktów.
Po prostu cieszmy się z tego, że dziś świeci słońce, jedziemy na kolejną miejscówkę, zbliżamy się do miejsca gdzie stykają się granice Niemiec, Francji i Szwajcarii, jesteśmy zdrowi, a w kuchni mam maślaną chałkę i powidła zrobione ze śliwek zerwanych ukradkiem w Horshell…

Ale zaraz, zaraz Wy jeszcze nie byliście w Horshell. No ale już sobie wiedzcie, że rosły tam śliwki 😉

1 komentarz

  1. xGrool

    Świetny materiał! 2 w jednym! Miód na kazikowe serca 😀 Doszukałem się kilku małych błędów. Jeśli chcecie je poprawić, to na Facebooku można pisać zawsze. A jeżeli ma zostać to w takiej formie, jako twórczość Kasi, to nie ma problemu.
    Czytając to, sam zamarzyłem o takim życiu na kółkach, gdzie nie trzeba martwić się o czynsz, odpowiedzialność musi być większa, niż zawsze – bo kto nam przypomni, że woda się kończy?

    Odpowiedz

Dodaj komentarz